Rio de Janeiro - miasto położone najpiękniej na świecie! Oto 10 najlepszych pomysłów na zwiedzanie + selfie z pomnikiem Chrystusa

Atrakcje Rio de Janeiro to trudny orzech do zgryzienia. Słynny pomnik Jezusa Odkupiciela, Głowa Cukru, Copacabana czy Sambodrom (olaliśmy), to wręcz pocztówkowe wizytówki Rio, ale nie wszystkie okazują się być ekstra. Nie odwiedziliśmy wszystkich "must see", ale za to byliśmy w miejscach, do których nie każdy trafia.  Oto moja subiektywna lista obowiązkowych atrakcji w Rio de Janeiro, zawierająca klasyki i zupełnie odjechane propozycje!


Czytaj dalej

Blogowy wpis jak za dawnych lat

Każda wycieczka rządzi się swoimi prawami. Kilka godzin jazdy samochodem oznacza, że koniecznie trzeba zrobić kanapki. W piątek, koło piętnastej, poszłam więc po ciepłe, chrupiące bułeczki, kupiłam żółty ser i precelki na drogę. Tak to już jest, każdy ma swoje przyzwyczajenia: ja nauczona jestem zabierać kanapki, Marcin chrupać za kółkiem precelki. Przed szóstą wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w drogę. Czekało nas 600 kilometrów podjadania precelków.

Czytaj dalej

Obłędne wspomnienia z południowej Norwegii

Norwegia kojarzy Ci się z zimnem, deszczem i łososiem? Proponuję inne skojarzenia - księżycowe krajobrazy, urokliwe wioski i miasteczka skąpane w sierpniowym ciepełku i słońcu. To właśnie są moje norweskie wspomnienia. Nie wierzysz? Nie musisz wierzyć, możesz zobaczyć!

Czytaj dalej

Za hajs Unii baluj! Kompletny poradnik finansowy przed wyjazdem na studia za granicę

Ile kosztują studia za granicą? Ile kosztuje wyjazd na Erasmusa? To pytanie będzie musiał sobie zadać każdy, kto planuje wyjechać na studia lub praktyki za granicę. Po fali ekscytacji wyjazdem przychodzi przyziemny moment, gdy trzeba pomyśleć i pogadać o pieniądzach. Dlatego dziś przychodzę do Was z kompleksowym poradnikiem i tipami, jak ogarnąć sobie hajsy, żeby było Was na  taki wyjazd stać.

Czytaj dalej

Weź w końcu odpuść i odpocznij. I jedź ze mną na weekend StressLess!

Dziś będzie o zabijaniu. Znaczy o tym, jak stres nas zabija i co zrobić żeby nie zabił. Czyli o odpoczywaniu na przykład będzie. O tym, że odpoczynek jest tak samo ważny jak jedzenie, czy aktywność fizyczna i że nie da się bez niego żyć. Będzie więc o stresie, o radzeniu sobie z nim i o zdrowiu. O pracy też, w końcu praca i odpoczynek powinny być jak Yin i yang! A na końcu mam dla Was  mega zaproszenie.


Czytaj dalej

Mam dla Was same sycylijskie sztosy, które możecie zabrać ze sobą do Polski!

Na Sycylię wracam regularnie. Podróżowałam po wyspie prywatnie, służbowo, sama i z grupami. Nie znam jeszcze dokładnie jej całej, ale mam już na Sycylii swoje ulubione miejsca, ukochane smaki i sposoby, żeby kawałek Sycylii zabrać zawsze do domu. To pamiątki, które możecie przywieść z Sycylii do Polski, by budziły Wasze wspomnienia, nawet w poniedziałkowy poranek!


Czytaj dalej

Dobry pilot, czyli jaki? Zobacz jak talenty Gallupa pomagają mi w pracy!

Talenty Gallupa to zagadnienie stosunkowo młode - pierwsze narzędzie do badania talentów powstało w 1999 roku i zostało stworzone przez Don'a Cliftona, dziadka psychologii pozytywnej i ojca podejścia bazującego na mocnych stronach. Ale chwila - jak to co piszę, ma się w ogóle to pracy pilota? Ano, ma się i to bardzo bardzo.


Czytaj dalej

Rozpoczynam nowy projekt! Zobacz "Minutę ze świata"

Uwielbiam dla Was pisać. W ogóle lubię pisać, ale pisanie na tym blogu sprawia mi szczególną przyjemność. Mimo to, od dawna, regularnie co jakiś czas, w głowie pojawiała się myśl: "Filmy. Zacznij kręcić filmy". 



Czytaj dalej

Wodospady Iguazu - argentyński i brazylijski cud natury

Wodospady Iguazu lepiej odwiedzić po argentyńskiej stronie, czy brazylijskiej? Gdzie iść najpierw? Och, przeczytałam chyba wszystkie artykuły w sieci na temat Wodospadów Iguazu. Oglądałam zdjęcia. Ale nie posłuchałam większości opinii, bo w skrócie brzmiały: "W Brazylii czułam się w końcu u siebie",  "Najlepiej zobaczyć obie strony, ale Brazylia sztos!", "Dwa dni na miejscu wystarczą, dasz radę".  Bo wiecie, mimo przeczytania tego wszystkiego, nie mieliśmy pojęcia o jednej bardzo ważnej rzeczy, która diametralnie zmieniła naszą percepcję tego miejsca.

Czytaj dalej

Gdy wpadasz na genialny pomysł, prawdopodobnie pracuje nad nim już 5 innych osób

Usłyszałam to zdanie od koleżanki, która zajmuje się szeroko rozumianym mentoringiem i sama długo nosiła się z zamiarem stworzenia autorskiego programu. Ostatnio zdałam sobie sprawę, ile razy - niestety - sprawdziło się to w moim życiu. Ile pomysłów, które pojawiały się w mojej głowie, padały ofiarą wewnętrznego krytyka i nawet z niej nie wychodziły. Ile idei, na które już dawno wpadłam, zostało zrealizowanych, ale nie przeze mnie. Tego pomysłu jednak nie odpuszczę.

Czytaj dalej

Czy warto lecieć do Dubaju? No raczej!

Czy warto lecieć do Dubaju? Gdy wybierałam się tam po raz pierwszy, usłyszałam, że przecież "tam nic nie ma i bez sensu lecieć taki kawał świata". Mimo to poleciałam, zachwyciłam się i postanowiłam, że kiedyś na pewno wrócę. Wróciłam i nadal podtrzymuję, że warto lecieć do Dubaju! Warto posiedzieć w Emiratach kilka dni, bo tu naprawdę jest co robić!

Czytaj dalej

Monterosa Ski - prawdopodobnie najbardziej beztroskie miejsce na włoskie zakończenie zimy

Wyjazd na narty w marcu ma tylko jeden słuszny kierunek - Włochy. Obrazek mam głowie taki: niebo jest nieskazitelnie błękitne, słońce świeci jak oszalałe, górskie szczyty nadal są ośnieżone, a ja szusuję po idealnie przygotowanych stokach. Gdy odpoczywam, popijam aperola. Na apreski też aperola, ewentualnie samo prossecco. Tak było właśnie w marcu w Alagna Valsesia. Do tego był mały - wielki bonus: moja alpejska freeridowa inauguracja. A tej nie można sobie wyobrazić w lepszym miejscu, niż masyw Monte Rosa, znany jako  Freeride Paradise.


Narty w marcu - tylko we Włoszech!

Zima w tym roku była dla nas wyjątkowo łaskawa. Pierwsze skiturowe wyjście zaliczyliśmy w Beskidach jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia i od tego czasu każdy, dosłownie KAŻDY wolny weekend spędzaliśmy narciarsko. Daje mi to ponad 20 dni na nartach tej zimy w polskich górach, a Marcinowi jeszcze więcej - gdy pracowałam na Jamajce, on zasuwał na skiturach w Tatrach.

Mimo dużego zastrzyku zimowego szaleństwa, nadal bardzo chciało się nam nart. Cały sezon myśleliśmy o Gruzji, ale mi w głowie ciągle siedział ten włoski obrazek ze wstępu. Ponieważ nie ogarnęliśmy gruzińskich konkretów, zbliżał się czas moich kolejnych wyjazdów i zawodowych zobowiązań, okazało się, że mamy tak naprawdę tylko jeden tydzień, kiedy możemy zaszaleć na nartach. Kiedy więc tylko Marcin dostał urlop (na dwa dni przed wyjazdem :D ) zaczęliśmy ogarniać. Opcje były trzy: Falcade, gdzie jeździłam z tatą (dość blisko i mega super), Alpe di Susi, które poleciła mi Ania Bloch, albo Alagna Valsesia. Marcin jeszcze myślał o Austrii, bo dosypało tam ładnie śniegu, ale mimo to Włochy wydawały się w marcu pod tym względem pewniejsze. No i pizza i aperol, wiadomo.


Narty we Włoszech z... Biurem podróży

Na instagramie pojawiło się pytanie, jak ogarnęliśmy wyjazd. Uwaga - pojechaliśmy z biurem podróży! Zaskoczeni?  Ha! No to słuchajcie: wyjazdy zimowe, szczególnie organizowane na serio "last minute", czyli na dwa dni przed wyjazdem, dużo bardziej opłacają się z biurem podróży, niż na własną rękę. O Zero Gravity słyszałam dużo dobrych opinii, pracowała dla nich też moja koleżanka pilotka, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Szczególnie, że ofertę mieli naprawdę dobrą. Wykupiliśmy przepiękny apartament ze SPA,  skipassem i ubezpieczeniem, spakowaliśmy samochód i w drogę!

Alagna Valsesia - urocze, wręcz pocztówkowe miasteczko

Jeśli chodzi o apartament, chyba nie mogło być lepiej. Piękny widok z balkonu na lekko ośnieżony czubek góry, basen z widokiem na milion gwiazd, sauny, masaże stóp... Jeśli będziecie szukać noclegu w tym rejonie, bardzo Wam polecam Alagna Experience Resort. Opłaca się tym bardziej, im większą grupą jedziecie.

Monterosa Ski - prawdziwy narciarski raj

Dojeżdżając do Alagny w sobotnie popołudnie byliśmy przerażeni. 10 km przed dotarciem do celu termometr wskazywał 21'C, a śnieg... Cóż, śniegu nie było. Na miejscu okazało się, że w poprzednim tygodniu, z powodu wiatru, wyciągi nie chodziły aż przez 3 dni. Marcin spojrzał na mnie wymownym "A nie mówiłem? Trzeba było jechać do Austrii", ale ja wciąż byłam przekonana, że wybraliśmy dobrze.

Następnego dnia kamień spadł nam z serca. Wyjechaliśmy na 3000 metrów, a tam ukazała się nam... Najpiękniejsza wiosenna zima, jaką możecie sobie wyobrazić! Obłędna panorama, cudne góry, widok na Mont Blanc, Matterhorn... No bajka. Istna bajka.



Dodajcie do tego 132 km przygotowanych jak żyleta tras i 26 wyciągów, w trzech dolinach. Przez 6 dni nie udało się nam przejechać przez wszystkie trasy. Duże zróżnicowanie jeśli chodzi o długość i poziom trudności, więc do dyspozycji są zarówno stoki dla tych, którzy stawiają swoje narciarskie pierwsze kroki, jak i dla tych, którzy szusują już na najwyższym poziomie.

Masyw Monte Rosa i legendarny freeridowy wyciąg Indren

A skoro mowa o tych bardziej zaawansowanych, to płynnie przejdę do freeride'u. Temat dobrze znany tym z Was, którzy są ze mną na Instagramie ;) Szybkie wprowadzenie dla reszty: w tym sezonie rozpoczęłam na maksa chodzenie na skiturach, a co za tym idzie, zaczęłam stawiać pierwsze kroki we freeridzie. Nie przypuszczałam, że na zakończenie sezonu będę miała okazję zaznać TAKIEGO freeride'u w Alpach!

Monterosa Ski słynie z doskonałych warunków do freeride'u. Ośrodek położony jest wysoko, bo ostatni wyciąg dojeżdża na 3275m nmp! To INDREN, wyciąg dedykowany freeriderom. Nie ma tu przygotowanych tras, tylko wytyczone obszary, którymi najbezpieczniej jest zjeżdżać. Powinno się mieć ze sobą detektor lawinowy, a najlepiej całe ABC. Przy świeżym opadzie musi tam być absolutnie bosko <3 Mieliśmy trochę szczęścia, bo w nocy z niedzieli na poniedziałek odrobinę posypało, więc te 5 cm puchu pojawiło się pod naszymi nartami w poniedziałkowy poranek. Wtedy też byliśmy pierwsi przy wyciągu i otwieraliśmy trasy. Polecam! Nie ma nic piękniejszego niż zjazd po idealnie przygotowanej trasie i "sztruksie" na rozgrzewkę. Tego dnia Marcin pojechał po raz pierwszy na Indren i zjechał przerażającym, tzn. pięknym żlebem. Ja niestety miałam w ten dzień narty slalomowe, więc nie było mowy o jeździe razem z nim. Następnego dnia się opamiętałam i...

Backcountry guiding i mój pierwszy trzyipółtysięcznik 

Zgodnie z zasadą "safety first" zdecydowaliśmy, że na skitury i bardziej zaawansowany freeride pójdziemy z przewodnikiem. Nigdy nie chodziliśmy po Alpach, warunki śniegowe były trudne (oprócz świeżego puchu trafiliśmy na absolutnie każdy rodzaj śniegu), więc najrozsądniej było wybrać się z przewodnikiem.

Na rozgrzewkę wjechaliśmy na Indren i zjechaliśmy nierozjechaną jeszcze ścianą po prawej stronie od wyciągu. Mieliśmy jechać zgodnie z wytyczonymi trasami, ale Marcin zdradził się, że jechał tam wczoraj, a ta ściana z prawej bardzo mu się podoba, więc przewodnik wyszedł nam na przeciw i wytyczył trasę po tej dziewiczej ściance. Nie był to łatwy zjazd, sporo lodu i "kalafiorów" na trasie, ale powiem Wam, że na dole pojawiłam się z TAAAKIM uśmiechem!!! A potem zobaczyłam ściankę, po której zjechałam i wiecie co? Nie mogłam uwierzyć. Gdybym wcześniej wiedziała, że tam będziemy zjeżdżać, to chyba bym stchórzyła. Widzicie tę najwyższą górę? Właśnie stamtąd zjeżdżaliśmy prościutko w dół!


"Pierwsze koty za płoty" - pomyślałam i rozochociłam się tylko bardziej. Szczególnie do podchodzenia! Wyjechaliśmy na Indren jeszcze raz, podeszliśmy kawałek i zaczęliśmy ubierać foki. Przed sobą widziałam szczyt, na który idziemy, piękny alpejski trawers i ludzi, drepczących jak mróweczki. Tutaj moja ekscytacja zaczęła wzrastać i wzrastać, do tego stopnia, że pognałam na ten szczyt jak szalona. Zrobiliśmy co prawda tylko 2 km i 400m przewyższenia (pikuś w porównaniu do tego, co robimy w Beskidach), ale na tej wysokości jednak zupełnie inaczej się oddycha, a wysiłek jest trudniejszy. Mimo to, doszłam na szczyt pierwsza za przewodnikiem, zaraz dołączył Marcin, a pozostała dwójka została trochę pod szczytem. Wniosek? Regularne treningi zaowocowały bardziej, niż przypuszczałam!

Fajnie jest tak wejść na szczyt. Był trochę zatłoczony, a ja spektakularnie wywaliłam się jakieś 2m przed nim, nabijając sobie gigantyczną śliwę na kolanie, ale co tam :D Kanapka i herbata nigdzie nie smakowały mi tak dobrze!


Freeride w Alpach na Monterosa Ski

Przechodzimy do meritum, czyli zjazdu. No, mili Państwo, w końcu wiem, co miał na myśli tata, kiedy mówił mi za dzieciaka, że podchodzenie jest łatwiejsze, niż droga w dół. 1500 metrów przewyższenia, kilka ładnych kilometrów w dół po zmieniającym się co kilkanaście metrów śniegu dało mi tak w kość, że pod koniec chciało mi się płakać z bólu. Serio, nie pamiętam, kiedy tak bardzo paliły mnie nogi. Do tego bałam się porządnie "puścić" w dół (nic dziwnego, w końcu jestem początkującą parówą!), ale Małżon bardzo mocno mnie dopingował, więc o własnych siłach, bardzo wykończona, lecz bardzo szczęśliwa, dotarłam bezpiecznie na dół.

Bardzo się nam tam spodobało, oj bardzo. Teraz po cichu planujemy wrócić tutaj w sezonie, żeby skorzystać z tego miejsca w puchu! Albo wybierzemy się do Gruzji. Sama nie wiem, co jest bardziej kuszące!


Ale zanim Gruzja, lub powrót do Alagny, dziś po pracy jedziemy... W Tatry. Myślę, że teraz to już naprawdę zakończymy sezon ;)
---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage. 
Czytaj dalej

Co robię, gdy nie podróżuję?

Tutaj na blogu znacie mnie przede wszystkim jako dziewczynę, która pojechała na Erasmusa, a potem jej życie już nigdy nie wyglądało tak samo. Wiem, wiem, brzmi jak banał, albo ewentualnie scenariusz amerykańskiego filmu dla nastolatków (oni nie mają Erasmusa, ale wiecie przecież, co co mi chodzi!), ale prawda jest taka, że to właśnie dzięki Erasmusowi rozpoczęłam moją pracę "w podróżach". 



Czytaj dalej

Tigre - czarujące miasto w okolicy Buenos Aires

Zaledwie 30 kilometrów od Buenos Aires leży miasto, które wydaje się być jakby z innego świata. Trochę południe Francji, trochę Holandia. Tigre wygląda jak uzdrowiskowy kurort gdzieś pośrodku Argentyny. Mimo, że Buenos Aires szybko ukochałam  sobie całym sercem, wycieczka do Tigre okazała się być naprawdę dobrym pomysłem i bardzo relaksującym przerywnikiem.


Czytaj dalej

La Boca: Caminito i la Bombonera, kolorowe symbole portowej dzielnicy Buenos Aires

Argentyna - Buenos Aires - piłka nożna. Wróć. Argentyna - Buenos Aires - kolorowa La Boca. No dobra, przecież jedno jest koło drugiego! Dziś o tym, jak spełniać piłkarskie marzenia i jak to się stało, że mogłam bardziej zachwycić się stadionem, meczem i drużyną Boca Juniors niż kolorowym, instagramowym Caminito.



Mecz piłki nożnej w Argentynie był u Marcina na liście absolutnych "must do", "must see" i wszystkie inne "must". Warto zaznaczyć, że małżon generalnie woli podróżowanie na fristajlu, a na moje teksty "tam musimy iść o tej godzinie, a tam z kolei koniecznie w czwartek" reaguje dość sceptycznie. Skoro jednak u niego pojawił się u niego takie "must", chciałam być super żoną i nie oponowałam. Okazało się jednak, że zdobycie biletów na mecz w Buenos Aires to wcale nie będzie taka łatwa sprawa!

Jak kupić bilet na mecz Boca Juniors w Buenos Aires i dlaczego nie zrobisz tego bez pośredników?

Do Buenos Aires przylecieliśmy w nocy z piątku na sobotę, a już w sobotę wieczorem odbywał się w Buenos Aires mecz Boca Juniors kontra Tigre. Niestety szybko okazało się, że nie ma możliwości kupienia biletów na mecz Boca Juniors przychodząc "z ulicy", więc zanosiło się na to, że marzenie o meczu zostanie spełnione dopiero na Maracanie w Brazylii. Marcin przewertował kilka, jeśli nie kilkanaście stron internetowych, a jak już pojawiały się jakieś bilety, to ceny oscylowały w okolicach 1000zł. 

Przy śniadaniu wpadł mi do głowy jednak pewien pomysł. Na czas pobytu w Bueons Aires nawiązałam współpracę z Buenos Aires Pass - od razu powiem, że tam karta nie działa to tak jak tego typu usługa w większości miast. To nie jest oficjalny tourist pass, tylko prywatna firma (jak działa i czy warto napiszę Wam w przewodniku po Buenos Aires). Wracając do meczu - ekipa z tej firmy to był nasz jedyny kontakt do kogoś z Buenos, kto w temacie meczu mógłby nam pomóc. Od razu napisałam więc do nich wiadomość na whatsappie i po pół godzinie byliśmy umówieni na wieczorny mecz.


Za bilety zapłaciliśmy 110 dolarów od osoby, łącznie z transferem taksówką z hotelu na mecz i z powrotem. Każdy z nas dostał też gadżet kibica :D To była najtańsza możliwa opcja na kupno biletu w dzień meczu. Ja oczywiście za wszelką cenę chciałam to zrobić bez pośredników, ale zwyczajnie nie ma takiej możliwości. Stadion La Bombonera posiada niespełna 59 tysięcy miejsc i wszystkie są wykupione przez socios, którzy chodzą regularnie na wszystkie mecze. Właśnie dlatego jedyną opcją jest odkupienie biletu od kogoś, czyli pośrednika. Cała reszta chodzi na mecze osobiście. 


Mecz Boca Juniors to nasz wstęp do Buenos Aires

Mieszkając w Walencji przy stadionie Mestalla nauczyłam się, czym jest atmosfera przed meczem. Do tej pory myślałam, że to w Hiszpanii kibice tak super się bawią i mocno przeżywają wielkie piłkarskie święta. Ale wiecie co? Nawet mecz Barcelony z Atletico był nudny, jeśli chodzi o kibiców i atmosferę. Serio. W porównaniu do tego, co działo się w dzielnicy La Boca, to była wielka nuda! Co więc działo się na stadionie la Bombonera?

Jest jedna trybuna miejsc stojących, tych najbardziej zagorzałych kibiców, która zapełnia się trzy godziny przed meczem. Po co? Żeby kilka tysięcy kibiców mogło skakać i... Dekoncentrować przeciwników Boca Juniors, którzy mają szatnię centralnie pod tym sektorem.

To właśnie stojący sektor, gdzie kibice dekoncentrują przed meczem drużynę przeciwną.

Jeśli pomyśleliście, że młyn skacze przed meczem, a potem robi się spokojniej, to informuję Was, że jest wręcz odwrotnie. Gdy zaczyna się mecz, a nawet wcześniej - gdy stadion się napełni - kibice zaczynają doping na całego! W pewnym momencie poczułam, jak cała trybuna (siedzieliśmy na samej górze) zaczęła się trząść. Wszyscy na stadionie kibicowali tak energicznie, że stadion - dosłownie - się cały ruszał!

Najbardziej podobało się nam, że nawet, gdy zawodnik zrobił coś nie tak, to zamiast gwizdów oni nadal pozytywnie go wspierali. Widać, że kibice są całym sercem za swoją drużyną <3

La Bombonrea - kto nazywa stadion piłkarski "bombonierka"?

Byliśmy pod wielkim wrażeniem sobotniego meczu i kibiców Boca Juniors. To jednak wciąż nie było wszystko co z wiązane z piłką nożną! W poniedziałek rano przyszedł czas, żeby poznać stadion "od środka". Wybraliśmy się do muzeum stadionu im. Alberto J. Armando, zwanego potocznie "Bombonierką", czyli La Bombonera. Skąd taka nazwa? Od wyglądu stadionu - prostokątnego, wysokiego, z jedną "ściętą" ścianą, zupełnie pionową. Stadion wybudowany jest w mieście, w dzielnicy portowej La Boca i zwyczajnie nie było miejsca, żeby wybudować go symetrycznie. Znaczy chcieli wykupić bloki, które na tej ścianie zostały wcześniej wybudowane, ale mieszkańcy się  na to nie zgodzili. Bloki zostały, a budowniczym stadionu pozostało wymyślenie innego rozwiązania, którym okazała się pionowa ściana z lożami. Jedną z nich ma np. Diego Maradona. No więc wygląda jak wygląda i nazywają go bombonierką, bo wygląda jak pudełko cukierków (caja de bombones => la bombonera) :) Poniżej obrazek poglądowy stadionu z sobotniego meczu.


El Museo de la Pasion Boquense to oficjalna nazwa muzeum drużyny Boca Juniors i stadionu La Bombonera. Wybraliśmy się na wycieczkę z oprowadzaniem po stadionie, a później zatrzymaliśmy się w muzeum. Przechodzi się przez różne sektory, loże i szatnie obu drużyn. Za dodatkową opłatą można sobie zrobić zdjęcie w szatni gospodarzy, albo na murawie. Wycieczki obywają się w języku hiszpańskim i angielskim, a obsługa  opowiada z wielkim zaangażowaniem. Nawet, jak ktoś nie jest wielkim pasjonatem piłki nożnej (patrz ja), będzie słuchał z zaciekawieniem.


Caminito - kolorowa dzielnica Buenos Aires idealna do instagramowych zdjęć

Czas wyjść z tematu piłki nożnej, bo kilkaset metrów od stadionu jest miejsce, do którego każdy turysta przybywający do Buenos Aires prędzej czy później skieruje swoje kroki.


Pierwsze skojarzenie, gdy powiem La Boca? Obstawiam dwa. Pierwsze to miejsce urodzenia Diego Maradony (prawda panowie?). Jednak dla większości (ukłon w stronę pań) będzie to zapewne kolorowy kadr z instagramu, a nie Maradona, czy stadion piłkarski. La Boca to dzielnica portowa w Buenos Aires, znana z kolorowych domów i Caminito - kolorowej uliczki wyłączonej z ruchu samochodowego, której nazwa pochodzi od pewnego tanga. Kiedyś była to dzielnica zamieszkiwana przez biednych mieszkańców, w domach tzw. conventillos. To niewielkie budynki, w których ludzie wynajmują pojedyncze pokoje, a dzielą kuchnie i łazienkę. Domy budowane były z materiałów, które wyrzucała stocznia po budowach statków. Stąd też te ich przepiękne kolory, które są właśnie pozostałością ze statków. Później stało się to już tradycją i po dziś dzień w dzielnicy La Boca maluje się budynki na kolorowo :)


Nie polecam jedzenia na Caminito - przelewają się tu tłumy turystów, a restauracje, zamiast na menu, ścigają się na pokazy tanga. Występ był świetny, ale jedzenie niespecjalnie. Tam jednak kupiliśmy przepiękny, ręcznie malowany magnes i szwendaliśmy się po galeriach, oglądając fragmenty La Boca z góry. 


Zwiedzanie dzielnicy La Boca to pomysł za pół dnia

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć Caminito? No właśnie, kiepsko. Mimo to nie rezerwujcie sobie całego dnia na to miejsce. Mogę Wam za to polecić poranną wycieczkę po stadionie piłkarskim, a potem krótki spacer po słynnej, kolorowej części dzielnicy La Boca. Chociaż może poranny spacer po Caminito będzie lepszym pomysłem - istnieje szansa, że nie będzie tam wtedy tak wielu ludzi, więc łatwiej będzie Wam zrobić kilka instagramowych zdjęć. A na obiad będziecie mogli pojechać gdzieś zupełnie indziej, bo szkoda jeść w kiepskim miejscu, gdy można zjeść w Buenos Aires naprawdę pyszne rzeczy.

---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage. 
Czytaj dalej

Dlaczego po 25 latach postanowiłam zacząć chodzić na nartach?

Skitury i skiturowcy przez całe życie mieli w mojej głowie łatkę wariatów. No bo kto dobrowolnie decyduje się na podchodzenie na nartach pod górę, jeśli może sobie wyjechać wyciągiem? A przecież w czasie jednego podchodzenia można by zjechać kilka, jeśli nie kilkanaście razy! Długo nie mogłam tego pojąć, aż pewnego dnia... Spróbowałam. Dziś skitury są chyba moją ulubioną zimową aktywnością i zaraz Wam powiem, dlaczego.


Dlaczego zdecydowałam się na narty skiturowe?

Zacznijmy tę historię od początku. Od dziecka jeździłam z tatą na dyżury goprowskie. Wiązało się to z tym, że soboty i niedziele spędzaliśmy na jakimś stoku narciarskim w Beskidzie Żywieckim. Kilka razy w sezonie (nie było wtedy zbyt wielu skiturowców) widywałam z boku trasy narciarza, który zamiast zjeżdżać podchodził i nigdy nie mogłam tego zrozumieć. Wtedy wkraczał do akcji tata i tłumaczył Natikowi - kilkulatce na czym polega fenomen skiturowania. "Ta, powodzenia w przekonywaniu mnie, tato, NEVER" - myślałam sobie wtedy.

Kropla drążyła skałę ponad 20 lat. Tata chodził na skitury coraz częściej (a to szybkie wyjście na Skrzyczne przed pracą, a to wieczorne Pilsko przed snem) i coraz więcej frajdy mu to sprawiało, aż w końcu powiedziałam, żeby mnie zabrał ze sobą. Poszliśmy na wieczorny spacer (tak, spacer, bo cały czas prawie po płaskim). Sunęłam w jego długich nartach i pożyczonych (za dużych) butach i było całkiem fajnie. Ale prawdziwe "fajnie" zaczęło się w zeszłym roku. Grunt (czyli ja) był już podatny na hasło skitury, więc jak tylko Marcin zarzucił temat, podjęłam go w ciemno. I tak - oprócz podejść pod Skrzyczne - zaliczyliśmy w zeszłym roku Kasprowy Wierch, a w tym sezonie regularnie od Bożego Narodzenia chodzimy po Beskidach. 


Skitury dają pełną wolność, na skiturach idę tam, gdzie chcę

Co w skiturach tak bardzo mnie urzekło? Wolność, brak ludzi i cudowne widoki. To, że mamy w Polsce piękne góry, wie chyba każdy. Chodzimy po nich latem i jesienią, ale zimą większość Polaków decyduje się jednak na bardzo określone destynacje. Krynica Górska, Białka Tatrzańska, Szczyrk, Zieleniec - tamtejsze stoki pękają wręcz w szwach! Choć mamy w Polsce kilka miejscówek, powiedzmy sobie szczerze: to nie jest maksimum tego, co zaoferować mogą nasze piękne góry.

Gdy zapinam skitury mogę iść tam, gdzie chcę. Nie kieruję się infrastrukturą wyciągów. Jeśli tylko jest śnieg, mogę zapiąć narty i iść. Szlakiem, lasem, drogą. W Beskidach, Tatrach, Bieszczadach. Dobra jest  nawet górka za domem :) Jeśli tylko warunki są dobre, otworem stoi praktycznie każdy górski szlak. Nie mówiąc o wszystkich trasach, które przecież mogę wyznaczyć sobie sama! Wyjątkiem są parki narodowe - tam można poruszać się tylko po szlakach.

Najpiękniejsze widoki w górach tylko na skiturach

Jak już jesteśmy przy tej wolności, to muszę powiedzieć Wam o innej, cudownej zalecie skiturowania. TAKIE WIDOKI! No bardzo proszę, niech ktoś wskaże mi przynajmniej 3 miejsca, gdzie z wyciągu można zobaczyć coś takiego? Nie ma szans. A gdy tak sobie idziesz na skiturach, spoglądasz w lewo, spoglądasz w prawo, patrzysz przed siebie, za siebie to... Wszędzie jest pięknie! 


Do tego dodajmy głuchą ciszę, w której słychać tylko skrzypienie śniegu, lub wiejący wiatr. Obcowanie z naturą level master <3

Chodząc na skiturach możesz bezkarnie jeść pizzę!

Takie jedno, niewinne wyjście na Skrzyczne pozwala stracić nawet 1700 kcal! Fajne jest to, że na skiturach pracuje całe ciało, zatem idąc na nartach fundujesz sobie kompleksowy trening. A powiem Wam szczerze, że nie znam drugiego tak przyjemnego treningu :)

Pomijając trening fizyczny, to też rewelacyjny trening charakteru. Nawet przy pięknej pogodzie strome podejście jest nie lada wyzwaniem. Nie mówiąc o wyjściach, kiedy przewraca mnie wiatr, a śnieżyca sprawia, że wyglądam jak bałwan. Wtedy ćwiczę swoją głowę jak mało kiedy. I zawsze wyznaczam sobie nagrodę: "za 200 metrów robimy stop i poproszę o herbatkę". Nawet nie wiecie, jakie łyk gorącej, skiturowej herbatki (z sokiem malinowym, cytryną i rumem") może zdziałać energetyczne cuda!


Narty skiturowe to ogromna oszczędność - czasu i pieniędzy

Choć skompletowanie sprzętu skiturowego to jednorazowo dość spory wydatek (zdecydowanie większy, niż do zjazdów), sprzęt kupuje się raz na kilkanaście sezonów. Ja dopiero zaczynam użytkować swoje nowe narty i buty, ale widzę po nartach taty, że tak jak służyły mu 20 lat temu, tak świetnie spisały się w zeszłym roku dla mnie, na początku mojej przygody z nartami skiturowymi. Teraz przejęła je moja siostra! Druga sprawa to fakt, że chodzenie na nartach skiturowych to ogromna oszczędność na karnetach narciarskich.  Policzmy to na przykładzei Szczyrku. Całodniowy karnet kosztuje tam obecnie 119 złotych. Jeśli chciałbyś pojeździć co weekend przez całą zimę (załóżmy, że uzbiera się 8 weekendów z dobrymi warunkami), to sezon kosztuje Cię 1600 złotych. Ile kosztuje karnet na skitury? Piękne, okrągłe zero złotych :)

A jak to jest z tym czasem? No cóż, liczyłeś kiedyś, ile czasu marnujesz w trakcie takiego weekendu na stanie w kolejce do wyciągu? No właśnie. Na skiturach wykorzystujesz każdą, dosłownie każdą minutę.


Najlepszy freeride tylko dzięki skiturom

Jako dziecko, gdy tata nie widział, lubiłam zbaczać z trasy i wjeżdżać do lasu. Nigdy jednak nie poznałam smaku prawdziwego freeride'u. Do ostatniego poniedziałku. Wybraliśmy się na skiturach w miejsce, do którego przychodzi się właśnie dla zjazdu. Musi być bardzo dużo śniegu, a najlepiej, gdy jest przyprószony świeżutką warstwą puchu. Wiecie co? To był zjazd - petarda! Wiem, że można trafić na super warunki na stoku i jeśli jest się rano pierwszym narciarzem na wyciągu, skorzystać ze świeżego puchu (swoją drogą uwielbiam te momenty!). Takie sytuacje zdarzają się jednak bardzo rzadko. Na skiturach mogę dojść w do takich freeridowych miejsc, o których się narciarzom wyciągowym nawet nie śniło <3


Skitury to dla mnie nowy sport. Po 25 latach jazdy na zjazdówkach poczułam czym jest narciarska wolność. Jak cudownie można spędzić dzień na nartach w ciszy, ciesząc się oszałamiającymi widokami i przy okazji fundować sobie całkiem wymagający trening. Nie zrozumcie mnie źle - nadal uwielbiam jeździć na nartach i ogromną przyjemność sprawiają mi zjazdy po przepięknych alpejskich trasach. Serio, to nie jest tak, że porzuciłam zjazdówki w kąt i mówię: "Koniec z tym! Zjazdówki są złe!". Absolutnie nie! Co więcej, wciąż planuję wyjazdy narciarskie za granicę, żeby sobie poszusować po świetnie przygotowanych trasach :) Po prostu poznałam nową gałąź tego cudownego sportu, jakim jest narciarstwo i wprowadzam do swoich zimowych aktywności jedną dodatkową - chodzenie na skiturach.

Bo wiecie, ja nadal uważam, że chodzenie na skiturach zasługuję na miano wariactwa. Ale to wariactwo bardzo mi się spodobało!
---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage. 
Czytaj dalej

Pamiątki z Dominikany. Co przywieźć z Karaibów?

Co przywieźć z Dominikany? Pamiątki to nie taki łatwy temat, jak mogłoby się wydawać! Warto wiedzieć nie tylko co kupić, ale także gdzie, żeby nie trafić na bubel, ani nie wydać miliona monet. Jeśli wybierasz się na Dominikanę, mam dla Ciebie gotową listę najlepszych pamiątek, z dokładnymi wskazówkami ich kupna. 

Czytaj dalej