Jak wygląda moje życie w Hiszpanii?

"Życie jak w Madrycie!" chciałoby się rzec, ale czy życie w Hiszpanii naprawdę jest takie sielskie? Żyję już tu sobie przeszło miesiąc i dostrzegam znaczące różnice między Hiszpanią na Erasmusie, a Hiszpanią w wersji "real life". Myślicie, że teraz jest tutaj mniej ciekawe? Albo gorzej? Nic z tych rzeczy. Jest po prostu inaczej.


Będę pracować w Hiszpanii!

Praca w Hiszpanii jawiła się jak istna sielanka. Siesta? Dwie godziny na posiłek i sen w środku dnia to przecież istna rewelacja! Start o 10 rano? Jeszcze lepiej! O pracy w Hiszpanii pisałam już po tygodniu pobytu w Walencji i w tej kwestii wiele się nie zmieniło. Dalej przed południem jemy w barze tostadas i pijemy kawkę, o czternastej ruszamy na obiad i od szesnastej znowu jesteśmy w pracy. Teraz trwa gorący okres, więc codziennie do 19.

Na początku taki system pracy wydawał mi się super, jednak teraz, po dwóch intensywnych tygodniach faktycznie według tego harmonogramu, już tak kolorowo nie jest. Wracam do domu koło dwudziestej, a bo to jeszcze jakieś zakupy po drodze, a bo czasem nie ma rowerów i muszę iść na nogach. Zanim zjem, ogarnę to i owo, to już jest noc i padam do łóżka. A żeby dotrzeć do pracy na 9:30 czy nawet 10, wstać muszę równo ze słońcem. Wcale to takie przyjemne nie jest. W sumie to nie wiem, jak Hiszpanie to robią, że po pracy mają jeszcze ochotę iść na siłownię, a potem na kolację ze znajomymi. Wracają w środku nocy, a rano (no bo serio, 10 to jest tutaj rano!) tacy wypoczęci, że szok. Może za jakiś czas to zrozumiem :D



Mieszkam w Walencji, która jakby się powiększyła

Zawsze podkreślałam, że Walencja to takie idealne miasto: nie za duże, ale wszystko tutaj jest, wszędzie jest blisko, rowery miejskie świetnie działają, a żeby dotrzeć gdziekolwiek w mieście potrzeba dwudziestu, no, maksymalnie trzydziestu minut. 

Jednak nie. 

Na Erasmusie w Walencji wszystko było blisko. Wszystko, czego potrzebuje student. Mieszkając w okolicy uniwersytetu, na uczelnię miałam dwie minuty, do plaży rowerem maksymalnie dwadzieścia, a do klubów tak koło dziesięciu. Wszyscy znajomi mieszkali nie dalej, niż dosłownie sześć, siedem stacji rowerowych. Mercadona, czyli najważniejszy supermarket ze wszystkim był na każdym rogu. Czego więcej było trzeba? No niczego. Teraz okazało się, że w tej kwestii trochę się zmieniło. 

Życie w Hiszpanii odsłona prawdziwa

Nie da się ukryć, że bardzo dużo zależy od tego, gdzie się w Walencji mieszka. Gdy dowiedziałam się, że tym razem będzie to Ruzafa, najpierw bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam <3 Ruzafa to taka alternatywna dzielnica Walencji, pełna małych przytulnych knajpek, wielkiego, kolorowego targu i serce obchodów Las Fallas (o rany, rany, marzec zbliża się wielkimi krokami!). Najprzytulniejsze miejsce w całym mieście. Tylko niestety, nie w tych przytulnych uliczkach przyszło mi mieszkać, a na siódmym piętrze przy jednej z najruchliwszych ulic. Na końcu Ruzafy właściwie. Do pracy zatem mam całkiem kawałek i jeśli akurat nie ma rowerów na mojej stacji Valenbisi, ani nigdzie po drodze, to mam przed sobą szybki, czterdziestominutowy spacer. Bardzo szybki. 

A jak rowery są, to powiedzmy, że jest to połowa tego czasu. Tylko, że w ścisłym centrum sieć ścieżek rowerowych jest gorzej rozwiązana, albo zwyczajnie ich nie ma, więc trzeba się trochę nagimnastykować. Raz o mało co nie zapłaciłam mandatu, ale na szczęście obyło się tylko pogrożeniem palcem... Trzeba kombinować i uważać, ale w kwestii rowerów Walencja wciąż daje radę!


Nie samą pracą i rowerami jednak żyję! Widzę, że ludzie dalej się uśmiechają, rozmawiają, zagadują. Panie w kasach pracują szybko, choć z każdym zamienią kurtuazyjne - jednak zawsze serdeczne - dwa słowa. Na poczcie panie są jeszcze bardziej uśmiechnięte, ale tempo pracy mają zupełnie, jak panie na poczcie w Polsce ;) Tylko w warzywniaku na dole, który prowadzi Pakistańczyk w średnim wieku, trzeba płacić wyliczoną gotówką, bo pan nie chce oddawać reszty. No i wcale się nie uśmiecha.

Koszty życia w Hiszpanii wzrosły

A jeśli już o warzywniaku mowa, to pomówmy o cenach, bo da się odczuć, że koszty życia w Hiszpanii wzrosły. Ceny warzyw i owoców chyba akurat najmniej, ale ryby, mięso, jajka i w ogóle produkty codziennego użytku owszem. Widać to też np. po cenach kanapek w 100 Montaditos, chyba najpopularniejszej hiszpańskiej sieciówce z jedzeniem. Kiedyś poniedziałki z promocją "50 eurocentów za kanapkę", dziś 1 euro. Kiedyś kawa bonbon kosztowała w barze średnio ok. 80 eurocentów, teraz 1,2 euro. No i ceny wynajmu mieszkań też poszły w górę. Trzy lata temu za 250 euro można było wynająć duży pokój z podwójnym łóżkiem, nieraz z rachunkami w cenie, teraz to cena za średni pokój, o przeciętnym standardzie. 

Będąc Erasmusem teraz i mając 400 euro stypendium byłoby mi dużo trudniej, niż kiedyś. Mam zatem dużo szczęścia, że mieszkanie opłaca mi firma, więc - mimo, że pokój jest wielkości pojedynczego łóżka, a współlokatorki wciąż nie wiedzą, czym jest szmata i miotła - odpada mi spory koszt życia. To jak wygrana na loterii, albo co miesiąc dobre zakupy. Albo pyszne jedzonko w tych wszystkich super knajpkach. If you know what I mean.



Narzekam na hiszpańskie życie w Walencji? Ależ skąd!

Nie mam prawa narzekać. Szef okazał się bardzo spoko gościem, z tak ludzkim podejściem do pracowników, że aż mi się wciąż w to wierzyć nie chce. Poważnie, jeśli kiedyś przyjdzie mi zarządzać większą grupą pracowników, to będę miała w pamięci to wszystko, co dobrego robi Alejandro. Wielu szefów - nawet z dużo większym stażem - mogło by się od niego uczyć podejścia do pracowników. W końcu firmę tworzą ludzie. A jak o ludziach mowa, to ekipa w pracy naprawdę  jest świetna :) Potrzebowałam tylko trochę czasu, żeby się "wgrać" (stażysta z Erasmusa to zawsze będzie stażysta), ale czuję się już członkiem zespołu i to jest super!

Do mieszkania też się już przyzwyczaiłam, wytyczyłam najbezpieczniejszą i najszybszą drogę do pracy, dlatego nawet powrót na obiad nie jest już aż taką wyprawą. No i kiedy skończy się ten drugi tydzień pracy codziennie do wieczora, znowu będę miała czas żeby pójść na spacer do Turii, wybrać się na plażę, czy iść na kolację nie martwiąc się, że jutro cały dzień będę zaspana w pracy. Będzie sielsko!

Moje hiszpańskie slow life 

Teraz się Wam do czegoś przyznam. Walencja Walencją, Erasmus Erasmusem i zima zimą, ale tak naprawdę chciałam tu przyjechać, żeby sobie spokojnie pożyć. Tak, chociaż przez chwilę. Nie przemieszczać się ciągle z walizami, nie zmieniać co chwilę miejsca pobytu, lotnisk i hoteli. Cudownie się złożyło, że dwie - bardzo bliskie mi z poprzedniego Erasmusa - dziewczyny również wróciły w tym samym czasie do Walencji, a jedna wciąż tu studiuje, więc mam tu taki swój mały, szczęśliwy świat.

Świat, w którym każdy weekend spędzam na spacerach w Turii, albo na plaży, jeżdżąc na rowerze, albo jedząc pyszne śniadanka i lunche. Na imprezie byłam dopiero raz, już nie te lata. Włóczę się po mieście ile się tylko da, łapię promienie słońca i cieszę się życiem.


I tak sobie myślę, że niestraszne mi tutejsze przychodnie, poczty, wiercenie sąsiadów w ścianie w niedzielny poranek, ani inne aspekty normalnego życia. Ogarniam to "normalne życie" jak mogę i bardzo mi się ta normalność podoba :)
---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz