Wodospady Iguazu - o jednej rzeczy nie mieliśmy zielonego pojęcia

Wodospady Iguazu lepiej odwiedzić po argentyńskiej stronie, czy brazylijskiej? Gdzie iść najpierw? Och, przeczytałam chyba wszystkie artykuły w sieci na temat Wodospadów Iguazu. Oglądałam zdjęcia. Ale nie posłuchałam większości opinii, bo w skrócie brzmiały: "W Brazylii czułam się w końcu u siebie",  "Najlepiej zobaczyć obie strony, ale Brazylia sztos!", "Dwa dni na miejscu wystarczą, dasz radę".  Bo wiecie, mimo przeczytania tego wszystkiego, nie mieliśmy pojęcia o jednej bardzo ważnej rzeczy, która diametralnie zmieniła naszą percepcję tego miejsca.

Czytaj dalej

Gdy wpadasz na genialny pomysł, prawdopodobnie pracuje nad nim już 5 innych osób

Usłyszałam to zdanie od koleżanki, która zajmuje się szeroko rozumianym mentoringiem i sama długo nosiła się z zamiarem stworzenia autorskiego programu. Ostatnio zdałam sobie sprawę, ile razy - niestety - sprawdziło się to w moim życiu. Ile pomysłów, które pojawiały się w mojej głowie, padały ofiarą wewnętrznego krytyka i nawet z niej nie wychodziły. Ile idei, na które już dawno wpadłam, zostało zrealizowanych, ale nie przeze mnie. Tego pomysłu jednak nie odpuszczę.

Czytaj dalej

Czy warto lecieć do Dubaju? No raczej!

Czy warto lecieć do Dubaju? Gdy wybierałam się tam po raz pierwszy, usłyszałam, że przecież "tam nic nie ma i bez sensu lecieć taki kawał świata". Mimo to poleciałam, zachwyciłam się i postanowiłam, że kiedyś na pewno wrócę. Wróciłam i nadal podtrzymuję, że warto lecieć do Dubaju! Warto posiedzieć w Emiratach kilka dni, bo tu naprawdę jest co robić!

Czytaj dalej

Monterosa Ski - prawdopodobnie najbardziej beztroskie miejsce na włoskie zakończenie zimy

Wyjazd na narty w marcu ma tylko jeden słuszny kierunek - Włochy. Obrazek mam głowie taki: niebo jest nieskazitelnie błękitne, słońce świeci jak oszalałe, górskie szczyty nadal są ośnieżone, a ja szusuję po idealnie przygotowanych stokach. Gdy odpoczywam, popijam aperola. Na apreski też aperola, ewentualnie samo prossecco. Tak było właśnie w marcu w Alagna Valsesia. Do tego był mały - wielki bonus: moja alpejska freeridowa inauguracja. A tej nie można sobie wyobrazić w lepszym miejscu, niż masyw Monte Rosa, znany jako  Freeride Paradise.


Narty w marcu - tylko we Włoszech!

Zima w tym roku była dla nas wyjątkowo łaskawa. Pierwsze skiturowe wyjście zaliczyliśmy w Beskidach jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia i od tego czasu każdy, dosłownie KAŻDY wolny weekend spędzaliśmy narciarsko. Daje mi to ponad 20 dni na nartach tej zimy w polskich górach, a Marcinowi jeszcze więcej - gdy pracowałam na Jamajce, on zasuwał na skiturach w Tatrach.

Mimo dużego zastrzyku zimowego szaleństwa, nadal bardzo chciało się nam nart. Cały sezon myśleliśmy o Gruzji, ale mi w głowie ciągle siedział ten włoski obrazek ze wstępu. Ponieważ nie ogarnęliśmy gruzińskich konkretów, zbliżał się czas moich kolejnych wyjazdów i zawodowych zobowiązań, okazało się, że mamy tak naprawdę tylko jeden tydzień, kiedy możemy zaszaleć na nartach. Kiedy więc tylko Marcin dostał urlop (na dwa dni przed wyjazdem :D ) zaczęliśmy ogarniać. Opcje były trzy: Falcade, gdzie jeździłam z tatą (dość blisko i mega super), Alpe di Susi, które poleciła mi Ania Bloch, albo Alagna Valsesia. Marcin jeszcze myślał o Austrii, bo dosypało tam ładnie śniegu, ale mimo to Włochy wydawały się w marcu pod tym względem pewniejsze. No i pizza i aperol, wiadomo.


Narty we Włoszech z... Biurem podróży

Na instagramie pojawiło się pytanie, jak ogarnęliśmy wyjazd. Uwaga - pojechaliśmy z biurem podróży! Zaskoczeni?  Ha! No to słuchajcie: wyjazdy zimowe, szczególnie organizowane na serio "last minute", czyli na dwa dni przed wyjazdem, dużo bardziej opłacają się z biurem podróży, niż na własną rękę. O Zero Gravity słyszałam dużo dobrych opinii, pracowała dla nich też moja koleżanka pilotka, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Szczególnie, że ofertę mieli naprawdę dobrą. Wykupiliśmy przepiękny apartament ze SPA,  skipassem i ubezpieczeniem, spakowaliśmy samochód i w drogę!

Alagna Valsesia - urocze, wręcz pocztówkowe miasteczko

Jeśli chodzi o apartament, chyba nie mogło być lepiej. Piękny widok z balkonu na lekko ośnieżony czubek góry, basen z widokiem na milion gwiazd, sauny, masaże stóp... Jeśli będziecie szukać noclegu w tym rejonie, bardzo Wam polecam Alagna Experience Resort. Opłaca się tym bardziej, im większą grupą jedziecie.

Monterosa Ski - prawdziwy narciarski raj

Dojeżdżając do Alagny w sobotnie popołudnie byliśmy przerażeni. 10 km przed dotarciem do celu termometr wskazywał 21'C, a śnieg... Cóż, śniegu nie było. Na miejscu okazało się, że w poprzednim tygodniu, z powodu wiatru, wyciągi nie chodziły aż przez 3 dni. Marcin spojrzał na mnie wymownym "A nie mówiłem? Trzeba było jechać do Austrii", ale ja wciąż byłam przekonana, że wybraliśmy dobrze.

Następnego dnia kamień spadł nam z serca. Wyjechaliśmy na 3000 metrów, a tam ukazała się nam... Najpiękniejsza wiosenna zima, jaką możecie sobie wyobrazić! Obłędna panorama, cudne góry, widok na Mont Blanc, Matterhorn... No bajka. Istna bajka.



Dodajcie do tego 132 km przygotowanych jak żyleta tras i 26 wyciągów, w trzech dolinach. Przez 6 dni nie udało się nam przejechać przez wszystkie trasy. Duże zróżnicowanie jeśli chodzi o długość i poziom trudności, więc do dyspozycji są zarówno stoki dla tych, którzy stawiają swoje narciarskie pierwsze kroki, jak i dla tych, którzy szusują już na najwyższym poziomie.

Masyw Monte Rosa i legendarny freeridowy wyciąg Indren

A skoro mowa o tych bardziej zaawansowanych, to płynnie przejdę do freeride'u. Temat dobrze znany tym z Was, którzy są ze mną na Instagramie ;) Szybkie wprowadzenie dla reszty: w tym sezonie rozpoczęłam na maksa chodzenie na skiturach, a co za tym idzie, zaczęłam stawiać pierwsze kroki we freeridzie. Nie przypuszczałam, że na zakończenie sezonu będę miała okazję zaznać TAKIEGO freeride'u w Alpach!

Monterosa Ski słynie z doskonałych warunków do freeride'u. Ośrodek położony jest wysoko, bo ostatni wyciąg dojeżdża na 3275m nmp! To INDREN, wyciąg dedykowany freeriderom. Nie ma tu przygotowanych tras, tylko wytyczone obszary, którymi najbezpieczniej jest zjeżdżać. Powinno się mieć ze sobą detektor lawinowy, a najlepiej całe ABC. Przy świeżym opadzie musi tam być absolutnie bosko <3 Mieliśmy trochę szczęścia, bo w nocy z niedzieli na poniedziałek odrobinę posypało, więc te 5 cm puchu pojawiło się pod naszymi nartami w poniedziałkowy poranek. Wtedy też byliśmy pierwsi przy wyciągu i otwieraliśmy trasy. Polecam! Nie ma nic piękniejszego niż zjazd po idealnie przygotowanej trasie i "sztruksie" na rozgrzewkę. Tego dnia Marcin pojechał po raz pierwszy na Indren i zjechał przerażającym, tzn. pięknym żlebem. Ja niestety miałam w ten dzień narty slalomowe, więc nie było mowy o jeździe razem z nim. Następnego dnia się opamiętałam i...

Backcountry guiding i mój pierwszy trzyipółtysięcznik 

Zgodnie z zasadą "safety first" zdecydowaliśmy, że na skitury i bardziej zaawansowany freeride pójdziemy z przewodnikiem. Nigdy nie chodziliśmy po Alpach, warunki śniegowe były trudne (oprócz świeżego puchu trafiliśmy na absolutnie każdy rodzaj śniegu), więc najrozsądniej było wybrać się z przewodnikiem.

Na rozgrzewkę wjechaliśmy na Indren i zjechaliśmy nierozjechaną jeszcze ścianą po prawej stronie od wyciągu. Mieliśmy jechać zgodnie z wytyczonymi trasami, ale Marcin zdradził się, że jechał tam wczoraj, a ta ściana z prawej bardzo mu się podoba, więc przewodnik wyszedł nam na przeciw i wytyczył trasę po tej dziewiczej ściance. Nie był to łatwy zjazd, sporo lodu i "kalafiorów" na trasie, ale powiem Wam, że na dole pojawiłam się z TAAAKIM uśmiechem!!! A potem zobaczyłam ściankę, po której zjechałam i wiecie co? Nie mogłam uwierzyć. Gdybym wcześniej wiedziała, że tam będziemy zjeżdżać, to chyba bym stchórzyła. Widzicie tę najwyższą górę? Właśnie stamtąd zjeżdżaliśmy prościutko w dół!


"Pierwsze koty za płoty" - pomyślałam i rozochociłam się tylko bardziej. Szczególnie do podchodzenia! Wyjechaliśmy na Indren jeszcze raz, podeszliśmy kawałek i zaczęliśmy ubierać foki. Przed sobą widziałam szczyt, na który idziemy, piękny alpejski trawers i ludzi, drepczących jak mróweczki. Tutaj moja ekscytacja zaczęła wzrastać i wzrastać, do tego stopnia, że pognałam na ten szczyt jak szalona. Zrobiliśmy co prawda tylko 2 km i 400m przewyższenia (pikuś w porównaniu do tego, co robimy w Beskidach), ale na tej wysokości jednak zupełnie inaczej się oddycha, a wysiłek jest trudniejszy. Mimo to, doszłam na szczyt pierwsza za przewodnikiem, zaraz dołączył Marcin, a pozostała dwójka została trochę pod szczytem. Wniosek? Regularne treningi zaowocowały bardziej, niż przypuszczałam!

Fajnie jest tak wejść na szczyt. Był trochę zatłoczony, a ja spektakularnie wywaliłam się jakieś 2m przed nim, nabijając sobie gigantyczną śliwę na kolanie, ale co tam :D Kanapka i herbata nigdzie nie smakowały mi tak dobrze!


Freeride w Alpach na Monterosa Ski

Przechodzimy do meritum, czyli zjazdu. No, mili Państwo, w końcu wiem, co miał na myśli tata, kiedy mówił mi za dzieciaka, że podchodzenie jest łatwiejsze, niż droga w dół. 1500 metrów przewyższenia, kilka ładnych kilometrów w dół po zmieniającym się co kilkanaście metrów śniegu dało mi tak w kość, że pod koniec chciało mi się płakać z bólu. Serio, nie pamiętam, kiedy tak bardzo paliły mnie nogi. Do tego bałam się porządnie "puścić" w dół (nic dziwnego, w końcu jestem początkującą parówą!), ale Małżon bardzo mocno mnie dopingował, więc o własnych siłach, bardzo wykończona, lecz bardzo szczęśliwa, dotarłam bezpiecznie na dół.

Bardzo się nam tam spodobało, oj bardzo. Teraz po cichu planujemy wrócić tutaj w sezonie, żeby skorzystać z tego miejsca w puchu! Albo wybierzemy się do Gruzji. Sama nie wiem, co jest bardziej kuszące!


Ale zanim Gruzja, lub powrót do Alagny, dziś po pracy jedziemy... W Tatry. Myślę, że teraz to już naprawdę zakończymy sezon ;)
---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage. 
Czytaj dalej