Monterosa Ski - prawdopodobnie najbardziej beztroskie miejsce na włoskie zakończenie zimy

Wyjazd na narty w marcu ma tylko jeden słuszny kierunek - Włochy. Obrazek mam głowie taki: niebo jest nieskazitelnie błękitne, słońce świeci jak oszalałe, górskie szczyty nadal są ośnieżone, a ja szusuję po idealnie przygotowanych stokach. Gdy odpoczywam, popijam aperola. Na apreski też aperola, ewentualnie samo prossecco. Tak było właśnie w marcu w Alagna Valsesia. Do tego był mały - wielki bonus: moja alpejska freeridowa inauguracja. A tej nie można sobie wyobrazić w lepszym miejscu, niż masyw Monte Rosa, znany jako  Freeride Paradise.


Narty w marcu - tylko we Włoszech!

Zima w tym roku była dla nas wyjątkowo łaskawa. Pierwsze skiturowe wyjście zaliczyliśmy w Beskidach jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia i od tego czasu każdy, dosłownie KAŻDY wolny weekend spędzaliśmy narciarsko. Daje mi to ponad 20 dni na nartach tej zimy w polskich górach, a Marcinowi jeszcze więcej - gdy pracowałam na Jamajce, on zasuwał na skiturach w Tatrach.

Mimo dużego zastrzyku zimowego szaleństwa, nadal bardzo chciało się nam nart. Cały sezon myśleliśmy o Gruzji, ale mi w głowie ciągle siedział ten włoski obrazek ze wstępu. Ponieważ nie ogarnęliśmy gruzińskich konkretów, zbliżał się czas moich kolejnych wyjazdów i zawodowych zobowiązań, okazało się, że mamy tak naprawdę tylko jeden tydzień, kiedy możemy zaszaleć na nartach. Kiedy więc tylko Marcin dostał urlop (na dwa dni przed wyjazdem :D ) zaczęliśmy ogarniać. Opcje były trzy: Falcade, gdzie jeździłam z tatą (dość blisko i mega super), Alpe di Susi, które poleciła mi Ania Bloch, albo Alagna Valsesia. Marcin jeszcze myślał o Austrii, bo dosypało tam ładnie śniegu, ale mimo to Włochy wydawały się w marcu pod tym względem pewniejsze. No i pizza i aperol, wiadomo.


Narty we Włoszech z... Biurem podróży

Na instagramie pojawiło się pytanie, jak ogarnęliśmy wyjazd. Uwaga - pojechaliśmy z biurem podróży! Zaskoczeni?  Ha! No to słuchajcie: wyjazdy zimowe, szczególnie organizowane na serio "last minute", czyli na dwa dni przed wyjazdem, dużo bardziej opłacają się z biurem podróży, niż na własną rękę. O Zero Gravity słyszałam dużo dobrych opinii, pracowała dla nich też moja koleżanka pilotka, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Szczególnie, że ofertę mieli naprawdę dobrą. Wykupiliśmy przepiękny apartament ze SPA,  skipassem i ubezpieczeniem, spakowaliśmy samochód i w drogę!

Alagna Valsesia - urocze, wręcz pocztówkowe miasteczko

Jeśli chodzi o apartament, chyba nie mogło być lepiej. Piękny widok z balkonu na lekko ośnieżony czubek góry, basen z widokiem na milion gwiazd, sauny, masaże stóp... Jeśli będziecie szukać noclegu w tym rejonie, bardzo Wam polecam Alagna Experience Resort. Opłaca się tym bardziej, im większą grupą jedziecie.

Monterosa Ski - prawdziwy narciarski raj

Dojeżdżając do Alagny w sobotnie popołudnie byliśmy przerażeni. 10 km przed dotarciem do celu termometr wskazywał 21'C, a śnieg... Cóż, śniegu nie było. Na miejscu okazało się, że w poprzednim tygodniu, z powodu wiatru, wyciągi nie chodziły aż przez 3 dni. Marcin spojrzał na mnie wymownym "A nie mówiłem? Trzeba było jechać do Austrii", ale ja wciąż byłam przekonana, że wybraliśmy dobrze.

Następnego dnia kamień spadł nam z serca. Wyjechaliśmy na 3000 metrów, a tam ukazała się nam... Najpiękniejsza wiosenna zima, jaką możecie sobie wyobrazić! Obłędna panorama, cudne góry, widok na Mont Blanc, Matterhorn... No bajka. Istna bajka.



Dodajcie do tego 132 km przygotowanych jak żyleta tras i 26 wyciągów, w trzech dolinach. Przez 6 dni nie udało się nam przejechać przez wszystkie trasy. Duże zróżnicowanie jeśli chodzi o długość i poziom trudności, więc do dyspozycji są zarówno stoki dla tych, którzy stawiają swoje narciarskie pierwsze kroki, jak i dla tych, którzy szusują już na najwyższym poziomie.

Masyw Monte Rosa i legendarny freeridowy wyciąg Indren

A skoro mowa o tych bardziej zaawansowanych, to płynnie przejdę do freeride'u. Temat dobrze znany tym z Was, którzy są ze mną na Instagramie ;) Szybkie wprowadzenie dla reszty: w tym sezonie rozpoczęłam na maksa chodzenie na skiturach, a co za tym idzie, zaczęłam stawiać pierwsze kroki we freeridzie. Nie przypuszczałam, że na zakończenie sezonu będę miała okazję zaznać TAKIEGO freeride'u w Alpach!

Monterosa Ski słynie z doskonałych warunków do freeride'u. Ośrodek położony jest wysoko, bo ostatni wyciąg dojeżdża na 3275m nmp! To INDREN, wyciąg dedykowany freeriderom. Nie ma tu przygotowanych tras, tylko wytyczone obszary, którymi najbezpieczniej jest zjeżdżać. Powinno się mieć ze sobą detektor lawinowy, a najlepiej całe ABC. Przy świeżym opadzie musi tam być absolutnie bosko <3 Mieliśmy trochę szczęścia, bo w nocy z niedzieli na poniedziałek odrobinę posypało, więc te 5 cm puchu pojawiło się pod naszymi nartami w poniedziałkowy poranek. Wtedy też byliśmy pierwsi przy wyciągu i otwieraliśmy trasy. Polecam! Nie ma nic piękniejszego niż zjazd po idealnie przygotowanej trasie i "sztruksie" na rozgrzewkę. Tego dnia Marcin pojechał po raz pierwszy na Indren i zjechał przerażającym, tzn. pięknym żlebem. Ja niestety miałam w ten dzień narty slalomowe, więc nie było mowy o jeździe razem z nim. Następnego dnia się opamiętałam i...

Backcountry guiding i mój pierwszy trzyipółtysięcznik 

Zgodnie z zasadą "safety first" zdecydowaliśmy, że na skitury i bardziej zaawansowany freeride pójdziemy z przewodnikiem. Nigdy nie chodziliśmy po Alpach, warunki śniegowe były trudne (oprócz świeżego puchu trafiliśmy na absolutnie każdy rodzaj śniegu), więc najrozsądniej było wybrać się z przewodnikiem.

Na rozgrzewkę wjechaliśmy na Indren i zjechaliśmy nierozjechaną jeszcze ścianą po prawej stronie od wyciągu. Mieliśmy jechać zgodnie z wytyczonymi trasami, ale Marcin zdradził się, że jechał tam wczoraj, a ta ściana z prawej bardzo mu się podoba, więc przewodnik wyszedł nam na przeciw i wytyczył trasę po tej dziewiczej ściance. Nie był to łatwy zjazd, sporo lodu i "kalafiorów" na trasie, ale powiem Wam, że na dole pojawiłam się z TAAAKIM uśmiechem!!! A potem zobaczyłam ściankę, po której zjechałam i wiecie co? Nie mogłam uwierzyć. Gdybym wcześniej wiedziała, że tam będziemy zjeżdżać, to chyba bym stchórzyła. Widzicie tę najwyższą górę? Właśnie stamtąd zjeżdżaliśmy prościutko w dół!


"Pierwsze koty za płoty" - pomyślałam i rozochociłam się tylko bardziej. Szczególnie do podchodzenia! Wyjechaliśmy na Indren jeszcze raz, podeszliśmy kawałek i zaczęliśmy ubierać foki. Przed sobą widziałam szczyt, na który idziemy, piękny alpejski trawers i ludzi, drepczących jak mróweczki. Tutaj moja ekscytacja zaczęła wzrastać i wzrastać, do tego stopnia, że pognałam na ten szczyt jak szalona. Zrobiliśmy co prawda tylko 2 km i 400m przewyższenia (pikuś w porównaniu do tego, co robimy w Beskidach), ale na tej wysokości jednak zupełnie inaczej się oddycha, a wysiłek jest trudniejszy. Mimo to, doszłam na szczyt pierwsza za przewodnikiem, zaraz dołączył Marcin, a pozostała dwójka została trochę pod szczytem. Wniosek? Regularne treningi zaowocowały bardziej, niż przypuszczałam!

Fajnie jest tak wejść na szczyt. Był trochę zatłoczony, a ja spektakularnie wywaliłam się jakieś 2m przed nim, nabijając sobie gigantyczną śliwę na kolanie, ale co tam :D Kanapka i herbata nigdzie nie smakowały mi tak dobrze!


Freeride w Alpach na Monterosa Ski

Przechodzimy do meritum, czyli zjazdu. No, mili Państwo, w końcu wiem, co miał na myśli tata, kiedy mówił mi za dzieciaka, że podchodzenie jest łatwiejsze, niż droga w dół. 1500 metrów przewyższenia, kilka ładnych kilometrów w dół po zmieniającym się co kilkanaście metrów śniegu dało mi tak w kość, że pod koniec chciało mi się płakać z bólu. Serio, nie pamiętam, kiedy tak bardzo paliły mnie nogi. Do tego bałam się porządnie "puścić" w dół (nic dziwnego, w końcu jestem początkującą parówą!), ale Małżon bardzo mocno mnie dopingował, więc o własnych siłach, bardzo wykończona, lecz bardzo szczęśliwa, dotarłam bezpiecznie na dół.

Bardzo się nam tam spodobało, oj bardzo. Teraz po cichu planujemy wrócić tutaj w sezonie, żeby skorzystać z tego miejsca w puchu! Albo wybierzemy się do Gruzji. Sama nie wiem, co jest bardziej kuszące!


Ale zanim Gruzja, lub powrót do Alagny, dziś po pracy jedziemy... W Tatry. Myślę, że teraz to już naprawdę zakończymy sezon ;)
---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage. 
Czytaj dalej

Co robię, gdy nie podróżuję?

Tutaj na blogu znacie mnie przede wszystkim jako dziewczynę, która pojechała na Erasmusa, a potem jej życie już nigdy nie wyglądało tak samo. Wiem, wiem, brzmi jak banał, albo ewentualnie scenariusz amerykańskiego filmu dla nastolatków (oni nie mają Erasmusa, ale wiecie przecież, co co mi chodzi!), ale prawda jest taka, że to właśnie dzięki Erasmusowi rozpoczęłam moją pracę "w podróżach". 



Czytaj dalej

Tigre - czarujące miasto w okolicy Buenos Aires

Zaledwie 30 kilometrów od Buenos Aires leży miasto, które wydaje się być jakby z innego świata. Trochę południe Francji, trochę Holandia. Tigre wygląda jak uzdrowiskowy kurort gdzieś pośrodku Argentyny. Mimo, że Buenos Aires szybko ukochałam  sobie całym sercem, wycieczka do Tigre okazała się być naprawdę dobrym pomysłem i bardzo relaksującym przerywnikiem.


Czytaj dalej

La Boca: Caminito i la Bombonera, kolorowe symbole portowej dzielnicy Buenos Aires

Argentyna - Buenos Aires - piłka nożna. Wróć. Argentyna - Buenos Aires - kolorowa La Boca. No dobra, przecież jedno jest koło drugiego! Dziś o tym, jak spełniać piłkarskie marzenia i jak to się stało, że mogłam bardziej zachwycić się stadionem, meczem i drużyną Boca Juniors niż kolorowym, instagramowym Caminito.



Mecz piłki nożnej w Argentynie był u Marcina na liście absolutnych "must do", "must see" i wszystkie inne "must". Warto zaznaczyć, że małżon generalnie woli podróżowanie na fristajlu, a na moje teksty "tam musimy iść o tej godzinie, a tam z kolei koniecznie w czwartek" reaguje dość sceptycznie. Skoro jednak u niego pojawił się u niego takie "must", chciałam być super żoną i nie oponowałam. Okazało się jednak, że zdobycie biletów na mecz w Buenos Aires to wcale nie będzie taka łatwa sprawa!

Jak kupić bilet na mecz Boca Juniors w Buenos Aires i dlaczego nie zrobisz tego bez pośredników?

Do Buenos Aires przylecieliśmy w nocy z piątku na sobotę, a już w sobotę wieczorem odbywał się w Buenos Aires mecz Boca Juniors kontra Tigre. Niestety szybko okazało się, że nie ma możliwości kupienia biletów na mecz Boca Juniors przychodząc "z ulicy", więc zanosiło się na to, że marzenie o meczu zostanie spełnione dopiero na Maracanie w Brazylii. Marcin przewertował kilka, jeśli nie kilkanaście stron internetowych, a jak już pojawiały się jakieś bilety, to ceny oscylowały w okolicach 1000zł. 

Przy śniadaniu wpadł mi do głowy jednak pewien pomysł. Na czas pobytu w Bueons Aires nawiązałam współpracę z Buenos Aires Pass - od razu powiem, że tam karta nie działa to tak jak tego typu usługa w większości miast. To nie jest oficjalny tourist pass, tylko prywatna firma (jak działa i czy warto napiszę Wam w przewodniku po Buenos Aires). Wracając do meczu - ekipa z tej firmy to był nasz jedyny kontakt do kogoś z Buenos, kto w temacie meczu mógłby nam pomóc. Od razu napisałam więc do nich wiadomość na whatsappie i po pół godzinie byliśmy umówieni na wieczorny mecz.


Za bilety zapłaciliśmy 110 dolarów od osoby, łącznie z transferem taksówką z hotelu na mecz i z powrotem. Każdy z nas dostał też gadżet kibica :D To była najtańsza możliwa opcja na kupno biletu w dzień meczu. Ja oczywiście za wszelką cenę chciałam to zrobić bez pośredników, ale zwyczajnie nie ma takiej możliwości. Stadion La Bombonera posiada niespełna 59 tysięcy miejsc i wszystkie są wykupione przez socios, którzy chodzą regularnie na wszystkie mecze. Właśnie dlatego jedyną opcją jest odkupienie biletu od kogoś, czyli pośrednika. Cała reszta chodzi na mecze osobiście. 


Mecz Boca Juniors to nasz wstęp do Buenos Aires

Mieszkając w Walencji przy stadionie Mestalla nauczyłam się, czym jest atmosfera przed meczem. Do tej pory myślałam, że to w Hiszpanii kibice tak super się bawią i mocno przeżywają wielkie piłkarskie święta. Ale wiecie co? Nawet mecz Barcelony z Atletico był nudny, jeśli chodzi o kibiców i atmosferę. Serio. W porównaniu do tego, co działo się w dzielnicy La Boca, to była wielka nuda! Co więc działo się na stadionie la Bombonera?

Jest jedna trybuna miejsc stojących, tych najbardziej zagorzałych kibiców, która zapełnia się trzy godziny przed meczem. Po co? Żeby kilka tysięcy kibiców mogło skakać i... Dekoncentrować przeciwników Boca Juniors, którzy mają szatnię centralnie pod tym sektorem.

To właśnie stojący sektor, gdzie kibice dekoncentrują przed meczem drużynę przeciwną.

Jeśli pomyśleliście, że młyn skacze przed meczem, a potem robi się spokojniej, to informuję Was, że jest wręcz odwrotnie. Gdy zaczyna się mecz, a nawet wcześniej - gdy stadion się napełni - kibice zaczynają doping na całego! W pewnym momencie poczułam, jak cała trybuna (siedzieliśmy na samej górze) zaczęła się trząść. Wszyscy na stadionie kibicowali tak energicznie, że stadion - dosłownie - się cały ruszał!

Najbardziej podobało się nam, że nawet, gdy zawodnik zrobił coś nie tak, to zamiast gwizdów oni nadal pozytywnie go wspierali. Widać, że kibice są całym sercem za swoją drużyną <3

La Bombonrea - kto nazywa stadion piłkarski "bombonierka"?

Byliśmy pod wielkim wrażeniem sobotniego meczu i kibiców Boca Juniors. To jednak wciąż nie było wszystko co z wiązane z piłką nożną! W poniedziałek rano przyszedł czas, żeby poznać stadion "od środka". Wybraliśmy się do muzeum stadionu im. Alberto J. Armando, zwanego potocznie "Bombonierką", czyli La Bombonera. Skąd taka nazwa? Od wyglądu stadionu - prostokątnego, wysokiego, z jedną "ściętą" ścianą, zupełnie pionową. Stadion wybudowany jest w mieście, w dzielnicy portowej La Boca i zwyczajnie nie było miejsca, żeby wybudować go symetrycznie. Znaczy chcieli wykupić bloki, które na tej ścianie zostały wcześniej wybudowane, ale mieszkańcy się  na to nie zgodzili. Bloki zostały, a budowniczym stadionu pozostało wymyślenie innego rozwiązania, którym okazała się pionowa ściana z lożami. Jedną z nich ma np. Diego Maradona. No więc wygląda jak wygląda i nazywają go bombonierką, bo wygląda jak pudełko cukierków (caja de bombones => la bombonera) :) Poniżej obrazek poglądowy stadionu z sobotniego meczu.


El Museo de la Pasion Boquense to oficjalna nazwa muzeum drużyny Boca Juniors i stadionu La Bombonera. Wybraliśmy się na wycieczkę z oprowadzaniem po stadionie, a później zatrzymaliśmy się w muzeum. Przechodzi się przez różne sektory, loże i szatnie obu drużyn. Za dodatkową opłatą można sobie zrobić zdjęcie w szatni gospodarzy, albo na murawie. Wycieczki obywają się w języku hiszpańskim i angielskim, a obsługa  opowiada z wielkim zaangażowaniem. Nawet, jak ktoś nie jest wielkim pasjonatem piłki nożnej (patrz ja), będzie słuchał z zaciekawieniem.


Caminito - kolorowa dzielnica Buenos Aires idealna do instagramowych zdjęć

Czas wyjść z tematu piłki nożnej, bo kilkaset metrów od stadionu jest miejsce, do którego każdy turysta przybywający do Buenos Aires prędzej czy później skieruje swoje kroki.


Pierwsze skojarzenie, gdy powiem La Boca? Obstawiam dwa. Pierwsze to miejsce urodzenia Diego Maradony (prawda panowie?). Jednak dla większości (ukłon w stronę pań) będzie to zapewne kolorowy kadr z instagramu, a nie Maradona, czy stadion piłkarski. La Boca to dzielnica portowa w Buenos Aires, znana z kolorowych domów i Caminito - kolorowej uliczki wyłączonej z ruchu samochodowego, której nazwa pochodzi od pewnego tanga. Kiedyś była to dzielnica zamieszkiwana przez biednych mieszkańców, w domach tzw. conventillos. To niewielkie budynki, w których ludzie wynajmują pojedyncze pokoje, a dzielą kuchnie i łazienkę. Domy budowane były z materiałów, które wyrzucała stocznia po budowach statków. Stąd też te ich przepiękne kolory, które są właśnie pozostałością ze statków. Później stało się to już tradycją i po dziś dzień w dzielnicy La Boca maluje się budynki na kolorowo :)


Nie polecam jedzenia na Caminito - przelewają się tu tłumy turystów, a restauracje, zamiast na menu, ścigają się na pokazy tanga. Występ był świetny, ale jedzenie niespecjalnie. Tam jednak kupiliśmy przepiękny, ręcznie malowany magnes i szwendaliśmy się po galeriach, oglądając fragmenty La Boca z góry. 


Zwiedzanie dzielnicy La Boca to pomysł za pół dnia

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć Caminito? No właśnie, kiepsko. Mimo to nie rezerwujcie sobie całego dnia na to miejsce. Mogę Wam za to polecić poranną wycieczkę po stadionie piłkarskim, a potem krótki spacer po słynnej, kolorowej części dzielnicy La Boca. Chociaż może poranny spacer po Caminito będzie lepszym pomysłem - istnieje szansa, że nie będzie tam wtedy tak wielu ludzi, więc łatwiej będzie Wam zrobić kilka instagramowych zdjęć. A na obiad będziecie mogli pojechać gdzieś zupełnie indziej, bo szkoda jeść w kiepskim miejscu, gdy można zjeść w Buenos Aires naprawdę pyszne rzeczy.

---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage. 
Czytaj dalej