Wysiedliśmy z pociągu chwilę po północy. Taksówkarze oczywiście już czekali, tym razem było jednak dużo spokojniej. Cena niższa, w taksówkach jechaliśmy dwójkami, a kierowcy nie próbowali powodować wypadków. Zostaliśmy wysadzeni na deptaku prowadzącym do głównego placu, do hostelu mieliśmy więc dwie minuty. I dla odmiany znaliśmy drogę! Byli oczywiście chętni "przewodnicy", ale udało się nam od nich uciec. Dotarliśmy na miejsce, dostaliśmy dwa wygodne pokoje, były łazienki, ciepła woda (Eleo tylko nie miała, jakimś dziwnym trafem przez cały wyjazd musiała brać zimne prysznice... zagadka jej pecha do tej pory nie została rozwiązana) i kontakty do naładowania sprzętu. Mieliśmy też błogą świadomość, że jutro mamy cały spokojny dzień i zwiedzanie bez ciężkich plecaków.
