Safari w Kenii - Park Tsavo East

Safari to obowiązkowy punkt programu w czasie wakacji w Kenii. Ba, safari to przecież często główny powód, dla którego do Kenii się wybieramy! Park narodowy Tsavo, Mount Kenia, czy Masai Mara to tylko nieliczne przykłady miejsc, w których spotkać można dziko żyjące słonie, żyrafy, zebry czy lwy. Wyprawa na safari to spełnienie dziecięcych marzeń. To jak zobaczyć "Króla Lwa" w wersji live!


Gdzie jechać na safari w Kenii?

Wakacje w Kenii spędza się głównie na wybrzeżu Mombasy, Diani Beach (ok. 50 km na południe od miasta Mombasa) Oznacza to, że safari staje się przynajmniej dwudniową wyprawą i to w przypadku, kiedy zdecydujemy się na "pobliski" Park Tsavo. Dojazd jeepami zajmuje plus minus cztery godziny w jedną stronę, co wymusza na nas pobudkę o świcie i zapowiada mało snu przez najbliższe dwie doby. To najkrótsza wersja prawdziwego safari. Dla tych, dla których czas nie gra roli, polecić mogę wyjazd do Parku Masai Mara, gdzie "poluje się" na widoki zwierząt nawet przez cały tydzień. Nie zawsze jednak oznacza to sukces w spotkaniu zwierząt - kierowca opowiadał nam, że jeździł raz z klientami cały tydzień i nie zobaczyli żadnego zwierzęcia z bliska. Pechowcy!

W sumie to sama droga do parku stanowiła nie lada atrakcję. W tamtą stronę pogoda koło 9 rano zrobiła się niesamowicie słoneczna, więc podziwianie widoków było absolutną przyjemnością. Z powrotem było jeszcze ciekawiej, bo przyszła ogromna ulewa, która naszą drogę nieco "rozmiękczyła" i popsuła, co zapewniło nam prawdziwe offroadowe doznania. Jeepy musiały się z tych bagienek nawzajem wyciągać, piękna sprawa :D


Safari w Parku Narodowym Tsavo East

O szóstej rano pod hotelem zaparkowało 14 jeepów. Podzieliliśmy się sprawnie na samochody (6 osób + kierowca) i ruszyliśmy w trasę. Asfalt szybko zmienił się w piach, szuter i to piękne, pocztówkowe pomarańczowo - czerwone podłoże. Jechaliśmy przez pustkowia, góry i doliny, przez miasteczka i małe wioski, w których dzieci wybiegały na ulicę, żeby dostać od nas coś do jedzenia. Po około 3,5h drogi wjechaliśmy na autostradę, która po godzinie doprowadziła nas do bram parku. 

Zatrzymaliśmy się na wjeździe, żeby zapłacić za wstęp, podnieść dach jeepa i dać się "policzyć". Na terenie parku można przebywać 24 h, poza tym gdyby kogoś pożarł lew, albo inny gepard, łatwiej do tego dojść.


Zaczęliśmy naszą przygodę <3

Na pierwszy ogień poszły - a raczej przyszły - guźce. Niestety z bardzo daleka, ale mimo to, łatwo było zobaczyć Pumbę biegnącego ze stojącym do góry ogonem :D Chwilę później było już wielkie wow, gdy najpierw pojawiły się zebry (wiecie, że wcale nie są biało - czarne, tylko pomarańczowo - czarne? Ten pył z drogi jednak robi swoje) , a potem słonie. Wielkie, szare, dostojne słonie! Zachwyt był przeogromny, a widzieliśmy je raczej z daleka, więc wyobraźcie sobie, jaka radość we mnie wstąpiła, gdy jeden postanowił nam później przejść centralnie przed maską jeepa <3 No i żyrafy - chodząca słodycz. Zarówno te dorosłe, jak i najsłodsze istotki, czyli żyrafy baby.

 
Zdziwiony struś

Widzieliśmy też te mniej rozkoszne istoty. Hiena czaiła się na małe lwiątka, a w innym miejscu 3 lwice, wraz z małymi, szykowały się do polowania na antylopy. Nie widzieliśmy samej akcji, ale następnego dnia o poranku spotkaliśmy to samo stado już znacznie bliżej drogi, które wyglądało na bardzo szczęśliwe i... Najedzone.


Wydawało się nam, że mieliśmy wiele szczęścia spotykając tak wiele zwierząt. Ale wisienka na torcie miała dopiero nadejść. 

Kierowcy podają sobie przez radio informację, jeśli w jakimś miejscu pojawia się rzadko spotykane zwierzę. W pewnym momencie nasz kierowca depnął z całej siły na pedał gazu i ruszył przed siebie. Jeepy zaczęły wyjeżdżać z każdej możliwej drogi i wszystkie mknęły w to samo miejsce. Tylko, że z początku nie było widać nic. Rozglądałam się w prawo i lewo, stawałam na palce - nic! Aż tu nagle, gdy kierowca podjechał jeszcze kilka metrów, na szczycie wzgórza pojawił się ON. Dumnie siedzący, z głową zadartą do góry i szalenie rozwianą grzywą. Król zwierząt, najprawdziwszy LEW.


Zobaczyłam Simbę, mogłam wracać. Spełnienie marzeń 100%, radość nie do opisania, nic tu po mnie. ALE NIE! Jakby tych atrakcji było mało, pod drzewem, w cieniu jego korony, szarpał sobie małą antylopę gepard. To był dopiero niesamowity widok!



A do tego wszystkiego, kierowca pozwolił nam poprowadzić jeepa. Czego mogliśmy chcieć więcej?


Jak wygląda nocleg na safari?

W Parku Tsavo East jest kilka miejsc noclegowych. Nasza loggia była pierwszą, która została wybudowana w parku i mieściła się na wzgórzu. Dlatego widok, jaki rozpościerał się z pokoi i restauracji, był po prostu nieziemski. Tak, w wodopoju na dole były słonie! A jeden z kierowców jeepów, który postanowił zejść sobie wieczorem do wodopoju, zwiewał przed czarną mambą.


Oprócz loggi jest też w parku miejsce campingowe, teoretycznie bezpieczne, chronione, także żaden zwierzak (oprócz małpy) nie powinien pojawiać się na tym terenie. Kierowca opowiadał nam jednak historię o pewnym Francuzie, który spotkał tam słonia i postanowił zrobić sobie z nim zdjęcie. Z bliska. Nabrał takiej odwagi, że oddał żonie aparat, sam przybliżając się do słonia na tyle blisko, że na ostatnim zdjęciu był już mąż pożerany przez słonia. 

Dlatego ja polecam jednak loggię.



Ile kosztuje safari w Kenii?

Tutaj powinna paść ulubiona odpowiedź wszystkich psychologów: "To zależy". Dlatego pada właśnie ona. Cena zależy od tego, czy jeepa chcecie mieć na wyłączność (a może taki autobusik - ogórek zamiast jeepa?), od miejsca, które wybierzecie na nocleg, oraz ilości posiłków. Za cenę orientacyjną, z dobrym noclegiem, pełnym wyżywieniem, jeepem i wstępem do parku można przyjąć 250$. Da się taniej, da się drożej, wszystko zależy od tego, czego w pakiecie oczekujemy.

---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz