Rozpoczęcie sezonu w Tatrach - weekend dla duszy i ciała

Wychowałam się w górach, ale ich magia chyba na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą. Urzekają, zachwycają, uczą wytrwałości i pokory. Dają szczęście. Pozwalają być dalej od wszystkiego, a bliżej samego siebie. Oczyszczają umysł, choć nieraz mocno dają w kość. Każde rozpoczęcie sezonu w Tatrach to sygnał: oto recepta all inclusive, termin ważności mija dopiero jesienią.



Weekend w górach, moje duchowe SPA

19 osób, 4 samochody, zaledwie dwie godziny drogi. W piątkowy wieczór dotarliśmy do Zakopanego i zaskakująco szybko padliśmy do łóżek. Pobudka przed siódmą zapowiadała przecież długi dzień. Szczerze mówiąc, gdy po południu posłałam już promotorce skompletowaną pracę, stwierdziłam, że nigdzie nie chce mi się jechać. Może jednak przepakuję plecak, wyjmę walizkę i ruszę na Wachlarz? Tak fajnie było przecież w zeszłym roku, w sumie od początku planowałam, że w tym też się wybiorę. Co ja się będę męczyć i po górach chodzić? Coś w środku jednak mocno pchało mnie w Tatry. Czułam, że intensywny czas wśród podróżników, ilość ciekawych rozmów i spotkań tylko przeładuje moje - wyczerpane już solidnie - zasoby poznawcze. No dobra, niech będą góry. Może przynajmniej będzie lało i zamiast iść w góry, spędzimy dzień w termach. 

Obudziło nas piękne sobotnie słońce. Giewont, który majestatycznie pysznił się za oknem, otoczony był nieznacznie chmurami, zatem pogoda była wyśmienita. Mimo rożnych wersji i opcji na wędrówkę, padło na Murowaniec. Ależ mi się ten pomysł nie spodobał... Szczególnie, że chodziło o wyjście niebieskim szlakiem, który w trakcie ostatniej wyprawy mocno mnie do siebie zniechęcił. Nie chciałam się wyłamywać z grupy, więc dzielnie szłam po wyznaczonej ścieżce. Poszło nam na szczęście bardzo sprawnie, zgrabnie mijaliśmy po drodze głośne, zorganizowane grupy młodzieży i dziarsko szliśmy przed siebie. Aż do schroniska na Hali Gąsienicowej.


Z Hali Gąsienicowej na Kasprowy Wierch, a może na Giewont?

Pogoda była doskonała. Słońce często chowało się za chmurami, a temperatura w okolicach 12 stopni stwarzała idealne warunki do dalszej wędrówki. Trzeba więc było zdecydować co dalej. Dziewczyny uznały, że idą do Czarnego Stawu Gąsienicowego, chłopaki - na Kasprowy, a potem na Kopę Kondradzką. No i byłam w kropce... Czułam, że nie nadążę za nimi, a bardzo nie chciałam się wlec i próbowałam uniknąć opcji "poczekajcie na mnie". Z drugiej strony ciągnęło mnie do góry, bo wiedziałam, jak bardzo będę żałować, że tak łatwo odpuściłam, nie mówiąc o widokach, które przepadną. Szczęśliwie znalazło się rozwiązanie idealne! Chłopaki pognali do przodu, a ja spokojnie szłam sobie z "ultrasem", który po górach nie chodzi, tylko biega (!), więc nie było dla niego żadnym problemem  dobiegnięcie do chłopaków od szczytu Kasprowego. Także dziewczyny poszły do Czarnego Stawu, chłopaki wystrzelili na Kasprowy Wierch, a ja spokojnie - budując bałwana po drodze - dotarłam na szczyt. Tam nastąpiła zamiana mojej "obstawy" i Artur poleciał za chłopakami, a my spokojnie zeszliśmy sobie do Kuźnic przez Myślenickie Turnie.

Droga na Kasprowy Wierch jest teraz bardzo zdradliwa. Ba, sam spacer po szczycie to wyczyn! Turyści wyjeżdżający kolejką przechadzali się w mokasynach, balerinach, czy nawet sandałach, co przy obecnych warunkach atmosferycznych jest więcej, niż niebezpieczne! Mokry śnieg wymusza nadzwyczaj uważne stawianie kroków nawet w solidnych butach w góry, pomyślcie więc, jak łatwo o bezmyślne nieszczęście... Zresztą, w góry zawsze należy chodzić w odpowiednim obuwiu i ani sandały, ani mokasyny od niego nie należą.

Według szlaku zejście tą trasą zajmuje dwie godziny. Wszystkie poprzednie odcinki robiliśmy dobrze poniżej wyznaczonego czasu, ale tym razem... Z dwóch godzin zrobiły się trzy i pół! To było bardzo "hedonistyczne zejście" :) Kilka długich przerw, tylko po to, żeby pogapić się na widoki. Tak po prostu siadaliśmy na kamieniu albo drzewie, żeby patrzeć na te cuda. Nagle okazało się, że w głowie na próżno szukać moich zmartwień. Nawet gdy próbowałam się nad czymś skupić, nie dało się! Tylko totalny błogostan w mojej głowie i zero, absolutne zero zmartwień :)

Ciekawostka: w tym czasie chłopaki zdążyli dotrzeć do Kopy Kondradzkiej, a stamtąd jeszcze... Na Giewont. Do samochodu w Kuźnicach dotarliśmy praktycznie równocześnie!





Rusinowa Polana i Gęsia Szyja, czyli szlaki w Tatrach dla każdego

Drugiego dnia pobudka znów przed siódmą. Chwila wyciszenia, śniadnko i to zabójcze słońce, które zwiastowało jeszcze lepszą pogodę, niż w sobotę. Tym razem szliśmy jednak wszyscy razem. Przynajmniej taki był plan. Na Rusinową Polanę dotarliśmy zielonym szlakiem w jakieś 35 minut i padliśmy na trawie jak muchy! Widok był cudowny, słońce prażyło jak oszalałe i tylko ilość ludzi trochę zaburzała ten sielski obrazek. Dlatego po chwili lenistwa zaczęliśmy schodo - wspinaczkę na Gęsią Szyję. Jeden z dramatów w górach jest wtedy, gdy musisz iść po schodach, a tak właśnie wygląda szlak na Gęsią Szyję. Dreptałam z nogi na nogę, przeklinając w duchu, jak można tak krzywdzić góry i ludzi. 

Schody. Dramat.
Rusinowa Polana, słońce i widok!

Ostatnio szłam na Gęsią od drugiej strony, gdy wracałam z pętli Dolina Pięciu Stawów - Zawrat - Hala Gąsienicowa - Rówień Waksmundzka - Gęsia Szyja - Rusinowa Polana i byłam wtedy już tak zmęczona, że niewiele pamiętałam. Tym razem schody od drugiej strony zmęczyły mnie w takim stopniu, że czułam się dość podobnie. A tak całkiem serio: gdy schodząc doszliśmy do Równi Waksmundzkiej i zobaczyłam zielony szlak na Halę Gąsienicową, nagrałam aż dla Was snapa, takiego ku przestrodze. Do obejrzenia na zakończenie.

Widok z Gęsiej Szyi
Rówień Waksmundzka
Stąd pozostał już tylko spacer czerwonym szlakiem do Psiej Trawki, a potem odbicie na czarny szlak do samochodu, No właśnie, z tym był problem, bo wszystkie cztery auta zostały przy drugim wejściu, kilkanaście kilometrów wcześniej! Rozwiązanie? Cztery osoby musiały pojechać po samochody. Dwa duety ruszyły z Gęsiej trochę szybciej, po czym próbowaliśmy "złapać cokolwiek". Nam udało się szczęśliwie chyba po minucie zatrzymać krakowską parę, która jechała na spacer do Morskiego Oka i podwiozła nas dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Pomachaliśmy po drodze tylko pierwszej parze, która - choć była spory kawałek przed nami - dalej zmierzała piechotą (tak, tak, zaraz po nich wróciliśmy). 


Ależ było mi w tych górach dobrze! Gdy stawiałam kolejne kroki w drodze na Kasprowy, narzekałam jak stara baba i nudziłam pod nosem "jak mi to się nie chce" i "po co mi to było". Ale z każdym kolejnym osunięciem się nogi pod śniegiem, myślałam sobie: Jeszcze trochę, przecież dobrze wiesz, po co idziesz. Szłam po spokój, piękne widoki i właśnie po to zmęczenie. Może trasy nie były jakieś szalone, ani długie, ani nawet specjalnie trudne - ale czy o to zawsze musi chodzić? Spędziłam świetny weekend z grupą fajnych ludzi, dałam trochę wycisk ciału i ukojenie duszy. Dawno mi tak głowa nie odpoczęła, a stan relaksu i endorfin osiągnął apogeum. Jeśli ktoś wynajdzie kiedyś pigułkę szczęścia, to z pewnością będą w niej zamknięte góry.


Informacje praktyczne:
Wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego: 5zł normalny, 2,5zł ulgowy
Czas przejścia wypisany na oznaczeniach:
Dzień 1:
Kuźnice – Hala Gąsienicowa (Murowaniec) 2h (niebieski lub żółty)
Hala Gąsienicowa - Kasprowy Wierch 1:40 h (żółty)
Kasprowy Wierch – Myślenickie Turnie - Kuźnice 2h (zielony)
Dzień 2:
Wierch Poroniec - Rusinowa Polana 1h (zielony)
Rusinowa Polana - Gęsia Szyja -  Rówień Waksmundzka 1h do szczytu (zielony)
Rówień Waksmundzka - Psia Trawka 0:45h (czerwony)
Psia Trawka - Brzeziny 0:35h (czarny)
---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :) Danie lajka nic Cię nie kosztuje, a dla mnie to znak, że doceniasz moją pracę.  Zapraszam Cię również na mój facebook'owy fanpage.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz