Pustynne Safari w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Safari było jedną z pierwszych rzeczy, którą wykreśliliśmy z listy "must see/do" w Dubaju. Po pierwsze dlatego, że połowa naszej grupki już na pustyni była, a po drugie w tych okolicach to całkiem droga impreza. Przeglądając oferty jeszcze w internecie, cena za jedno popołudnie wahała się w okolicach 300 dirhamów od osoby (1 dirham to ok. 97 groszy, dla ułatwienia przyjmowaliśmy 1AED=1zł). Ponieważ wyjazd miał być oczywiście niskobudżetowy, przewidzieliśmy tylko jedną drogą atrakcję - Park Wodny, oczywiście jeden z "naj" na świecie. No i właśnie dlatego, że safari miało nie być, to było, a aquapark widzieliśmy tylko z daleka :D 


ZEA

W niedzielny wieczór, niedługo po przyjeździe, zapukała do naszego pokoju Violeta. Przyszła zapytać, czy mamy już jakieś plany na następny dzień. Wzruszyliśmy ramionami, mówiąc, że generalnie chcemy zobaczyć wszystko, więc zaraz na spokojnie się zastanowimy, jak sobie nasz plan tygodnia ułożyć. Okazało się, że Violeta z Bogdanem jadą w poniedziałek na safari i gdybyśmy zdecydowali się pojechać z nimi, to akurat zapełnilibyśmy cały samochód (terenówki po pustyni jeżdżą 7-osobowe). Kierowca odbierze nas o 15 z mieszkania i ok. 22 odstawi bezpiecznie z powrotem. Mnie się ten pomysł średnio podobał (na pustyni byłam już w Maroko), Piotrek trochę się zapalił, a Marciny tak pół na pół. Temat został zawieszony, mieliśmy się zastanowić.

Podczas pierwszej kolacji, na którą Shaji zabrał nas do Domino (pizza była zupełnie inna od tej europejskiej!), po dość długiej rozmowie, nasz host podniósł temat safari. Okazało się, że będzie je załatwiał u swojego znajomego, więc cena będzie zupełnie po znajomości (jak się okazało -130AED). W planie pojawi się też przejażdżka wielbłądem, kolacja i pokazy tradycyjnych tańców. Shaji uznał, że nie możemy wyjechać z Emiratów nie jadąc na safari, więc on nam je po prostu zafunduje. To oczywiście nie wchodziło w grę (wystarczy, że zabierał nas albo na śniadania, albo obiady, albo kolacje do przepysznych restauracji). W każdym razie wiedzieliśmy, że poniedziałkowe popołudnie spędzimy na pustyni, nie wypadało odmówić.

ZEA  

To były bardzo dobrze wydane pieniądze. Jazda po wydmach była do tego stopnia emocjonująca, że mój błędnik trochę oszalał i chyba po raz pierwszy odezwała się u mnie choroba lokomocyjna. Jazda tak dobra, jak kolejki górskie w Disneylandzie! Mniej więcej po godzinie kierowca zatrzymał się i mieliśmy chwilę, żeby zrobić zdjęcia na tle zachodzącego słońca. So romantic.

 

Gdy dojechaliśmy do obozowiska, zrobiło się bardzo komercyjnie i turystycznie, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Przejechaliśmy się na wielbłądzie (jakieś 3 minuty, 100 metrów :D ) i poszliśmy zobaczyć co w wiosce piszczy - a atrakcji było sporo. Można było się przebrać w tradycyjne arabskie stroje, zrobić tatuaż z henny (już dawno chciałam taki mieć i w końcu się doczekałam!), czy zapalić sziszę. Później odbywał się pokaz tradycyjnych tańców. W połowie show był czas na jedzonko, a potem sama tańczyłam w tej wielkiej i ciężkiej spódnicy na scenie.

Tyyyle frajdy!
Poważnie...
mniej poważnie...
... i Marcin :D
Proces twórczy trwał może 40 sekund, a taki był efekt końcowy.
Kolacja.
Niemożliwością jest kręcić się kilkanaście minut non - stop... A jednak!
Pierwsza sziszunia w Emiratach, niestety anyżowa. Ta w marinie ostatniego dnia była dużo smaczniejsza.
Bitwa - współpraca - wojna!
 
Większość zdjęć z dzisiejszego wpisu jest autorstwa Marcina Rudego.
 ---
Spodobał Ci się ten post? Będzie mi  miło jeśli podzielisz nim na Facebooku, albo  zostawisz komentarz :)
Zapraszam Cię również na  facebook'owy fanpage!

5 komentarzy :