Weekend w rytmie latino, czyli życie (jak) w Madrycie! II część 2

17:30, mieszkanie Juliana

Nasz kolega właśnie się obudził, ale zaoferował swoje towarzystwo podczas zwiedzania muzeum Prado. Zebrał się dość szybko i punktualnie o osiemnastej stanęliśmy pod gmachem budynku, w GIGANTYCZNEJ kolejce. Nic dziwnego, przecież my też czekałyśmy na darmowy wstęp. Mieliśmy dokładnie 2 godziny do zamknięcia. Szaleństwo!



Spróbujcie więc sobie wyobrazić, w jak szalonym tempie biegaliśmy od sali do sali. Założenie oczywiście było takie, że oglądamy tylko najważniejsze dzieła. I tak z wybiciem godziny 19:55 wpadłyśmy do ostatniej sali i pani zagrodziła dalsze przejście.
 

20:10, przed (a właściwie już za) Museo del Prado

Takie muzealne biegi przełajowe z intensywnym wysiłkiem umysłowym spożytkowały całą naszą energię. Dlatego kolejnym punktem programu była kolacja. Tapas oczywiście. Kupujesz piwo - dostajesz jedzenie gratis. I tym sposobem zjadłyśmy najlepszą kolację od początku wyjazdu: krewetki, muszle, jamon, fuet i wiele, wiele innych... :) O rany, to zdecydowanie była najlepsza kolacja jaką jadłyśmy w Hiszpanii!

Pojawiające się jedzenie znikało w zastraszającym tempie!

Powrót do domu przez dzielnicę artystów i wymarsz do klubu latino. Takiego latino na 100%. Samą frajdą było stanie pod ścianą i przyglądanie się jak ci wszyscy ludzie tańczyą! Tak, to było zupełnie jak kadr z dobrego filmu.

Madrycki Miś, podejście do zdjęcia nr 18353



po północy, Stare Miasto

Przyszła pora na spróbowanie kolejnego hiszpańskiego przysmaku, tym razem na słodko.
Churros! Coś pomiędzy chrustem a pączkiem, podawane na gorąco i moczone w gorącej czekoladzie. Kolejna pyszność nad pyszności :)





Niedziela, 11:00, droga do Katedry

Spacerkiem dotarłyśmy do chyba najpiękniejszej budowli w Madrycie. W samo południe msza, potem zwiedzanie i trochę zdjęć. I polski akcent: tuż przy ołtarzu głównym madryckiej katedry, znajdują się relikwie Jana Pawła II. A przed świątynią - pomnik.


ok. 13, Pałac Królewski

Słońce świeciło tak niesamowicie mocno, że prawie wszystkie zdjęcia wychodziły wręcz białe. Kolejka do zwiedzania znów bardzo długa, dlatego zwiedzanie wewnątrz nie wchodziło w grę. Doszłyśmy aż do Templo de Debod, najstarszej budowli w mieście. A potem spokojnie piątkową trasą do mieszkania.




Stamtąd miałyśmy już tylko dwa kroki do...



16:20, El Tigre

Polecane przez przewodniki, odradzane przez miejscowych, najsłynniejszy tapas bar w Madrycie! Mieszkańcy narzekają na kiepską jakość jedzenia - ok, sobotnia kolacja pobiła wszystko, ale byłyśmy miło zaskoczone turystyczną knajpą. Kupujesz piwo, dostajesz ogromny talerz tapas wszelkiego rodzaju. Szybko, smacznie i bardzo tanio. No i przy panującym ram ruchu, gwarancja świeżości jedzenia!


kilka minut przed 17, mieszkanie Juliana

Pożegnania zawsze są najmniej przyjemną częścią całego wyjazdu, szczególnie, gdy spędza się go w towarzystwie tak miłych i gościnnych ludzi. Spakowałyśmy torby, garść przeżyć, wspomnień i... vamos!


17:53, las Ventas

Miejsce brutalnych walk torreadorów. Tu nie miałyśmy zbyt wiele czasu, ponieważ o 18:15 podjechał umówiony samochód. Tym razem udało nam się tylko złapać byka za rogi i już trzeba było wracać.



Wszystko co dobre szybko się kończy. Planując madrycki weekend, w najśmielszych snach nie oczekiwałyśmy, że nasze 49h spędzimy tak wspaniale. Do teraz z naszych głośników płynie latynoska muzyka, na kolację zajadamy się najprawdziwszym jamon(em?), który dostałyśmy w prezencie na pożegnanie i oglądamy zdjęcia.





"Życie jak w Madrycie" nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Choć to potoczne powiedzenie sprawdza się w stu procentach!

Przesyłam Wam iście madryckie buziaki!




Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza