Todos los dias sale el sol!

Cały weekend miało padać. Nasze plany były więc dość jasne: w końcu całkiem się wypakujemy, nastąpi czas prania, prasowania i gotowania. Jednak pogoda spłatała nam figla i nie spadła ani jedna kropla deszczu. To oczywiście popsuło wszystkie nasze plany i pierwszy weekend minął nam po prostu niesamowicie!






W sobotę do południa postanowiłyśmy odespać miniony tydzień. Tym większe było nasze zdziwienie, gdy obudziłyśmy się przed południem, a tu zamiast burzowych chmur i deszczu  zobaczyłyśmy piękne słońce :) Co prawda szybko zaszło za chmurami, ale dzień mimo wszystko był ciepły i przyjemny. Szybkie śniadanie (bardziej w porze obiadu) i już siedziałyśmy na rowerach. W planach było Muzeum Ceramiki i ogólna przejażdżka po starym mieście. Liczyłyśmy też, że znajdziemy jakiś fajowy tapas bar. Wszystko poszło zgodnie z planem!




Przystanek 2: Tapas

Im brzydszy, tym lepszy. Gdzieś w starej części miasta znajduje się średniej wielkości bar, w którym poczciwy Hiszpan serwuje pyszności. Na początek spróbowałyśmy tortille (nigdy więcej! jajecznicę wolimy robić same...). Ja zdecydowałam się jeszcze na smażone anchois w mące. Kreo nie dała się przekonać do małych rybek, więc szczęśliwie cała porcja była dla mnie :)


Przystanek 3: Mc Donald's

Kreo nie podołała rybkom, więc jej żołądek usilnie domagał się pożywienia. Tu wizyta była szybka i na szczęście krótka ;)



Na niedzielę też były plany! Poranna wizyta w kościele ( polski ksiądz, polscy studenci, polski język - od razu człowiekowi jakoś lżej się na sercu zrobiło), a potem na wielkim targu ze starociami, który odbywa się w każdą niedzielę tuż pod naszymi oknami. Potem obiad i tradycyjnie już rower. Celem przejażdżki był tym razem port. I tu nastąpiło nasze wielkie rozczarowanie... Część przemysłowa ogromna, natomiast ta turystyczna mała i niezbyt ciekawa. Krótki deptaczek (to nawet nie był deptak), mało miejsca do spacerowania, mało jachtów, mała przystań i w ogóle jakoś tak mało atrakcyjnie. Dość szybko zdecydowałyśmy się wracać.







I tu kolejna niespodzianka! Stacja z której chciałyśmy zabrać rowery znajduje się tuż przy kościele. A tego dnia odbywał się tam odpust. Jeśli w waszych głowach pojawił się właśnie obrazek straganów z balonami i cukierkami, szybko powinniście wymazać go z myśli. Tutaj odbywała się prawdziwa fiesta! Tańce, śpiewy, szał ciał i radość wielka. Były nawet tancerki! Całość utrzymana w rytmach kubańskich, bo to "Fiesta a la Virgen de la caridad del cobre patrona de Cuba" była. Taki odpust to ja rozumiem :)


Życie płynie tu w zupełnie innym rytmie. Mimo, że to wielkie miasto, ludzie spieszą się wolniej, częściej się uśmiechają  i wydają się być szczęśliwsi. Może to zasługa tej ilości słońca? Jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że wkrótce uda mi się rozgryźć tajemnicę bijącej od nich radości :)


2 komentarze :

  1. Czytając i oglądając czuć klimat miejsc ;) Czekam na kolejne wpisy :*

    OdpowiedzUsuń