Z głową w chmurach na lotnisku w Bergamo.

Pamiętacie, jak miesiąc temu narzekałam na długą podróż z przesiadką w Belgii? Tym razem było bardzo przyjemnie, mimo, że też musiałam sporo czekać. Ale nie w Charleroi. Trasą Walencja - Bergamo - Kraków leciałam już po raz drugi, ale pierwszy raz sama i zamiast czekać 2h na samolot do Polski, czekałam prawie 5h. Niestety znów nie udało mi się pojechać do miasta. Na szczęście włoskie lotnisko jest dużo bardziej przyjazne.


 

Po pierwsze jest większe i jest więcej miejsc siedzących. Są gniazdka, więc można odpalić komputer, czy podładować telefon. Są też restauracje, których zasięg darmowego internetu obejmuje prawie całe lotnisko. Jest też sporo sklepów, więc z nudów można pooglądać ciuchy i kosmetyki. A najlepsze jest to, że po drugiej stronie autostrady, dokładnie naprzeciwko lotniska, jest wielkie centrum handlowe. Można coś zjeść (dużo taniej niż na lotnisku), czy zrobić włoskie zakupy w supermarkecie. Uwaga, nie ma tam darmowego internetu!

Co do samej podróży: ponieważ rano musiałam wstać przed szóstą, pierwszy odcinek prawie cały przespałam. Natomiast lot Bergamo - Kraków spędziłam przyklejona nosem (aparatem) do szyby. Całe półtorej godziny. Od pięknego słońca i niesamowitego widoku gór, przez pojedyncze chmury, aż do wielkiej mgły i deszczu ze śniegiem. Bo tak właśnie przywitała mnie Polska.




Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza